umrzesz, umrze, (...) umrą - odmieniamy sobie we wszystkie strony i wydaje się, że czasownik umrzeć bardzo dobrze wpisuje się w stan ducha po tym jak znowu na jakiś czas umarły wakacje. Teraz po tym jak umarły wakacje (na jakiś czas rzecz jasna, bo wakacje mają to do siebie, że co jakiś czas zmartwychwstają), dmuchany gumowy materac leży w kącie i swobodnie sobie flaczeje. Jednak lada moment poczuje przypływ powietrza, bo już niedługo samolotowe święta, samolotowe pochody, samolotowe wraki-flaki i my obaj, dmuchany gumowy materac i ja, będziemy nad tym wszystkim latać, bo przecież żeby zrobić coś w tej mieścinie trzeba mieć dmuchany gumowy materac, bądź też umrzeć i przemieszczać się jako duch po dachach czy to kanałach. Póki co leżymy. Leżymy i flaczejemy w rogu. W ciemnym, najciemniejszym rogu flaczejemy! A jak sflaczejemy to będziemy przypominać duchy. A duchy straszą jak powszechnie wiadomo. Tak więc ostrzegamy! Ostrzegamy bardzo.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przygody pana materaca. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przygody pana materaca. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 8 kwietnia 2013
środa, 3 kwietnia 2013
W drogę!
Dzień dobry,
właśnie siedzę na kanapie i patrzę na mój gumowy dmuchany materac. Mój gumowy dmuchany materac właśnie się dmucha, jest w stanie permanentnego nadmuchiwania i świata poza tym weń wdmuchiwanego nie widzi. Patrzę na ten mój nadmuchujący się materac, który z każdą sekundą staje się coraz mniej sflaczały a nabiera przy tym wypukłości, kolorów i połysku! Tak, dzisiaj wyruszamy w długą podróż i polecimy może nawet dalej niż na lotnisko na starym rynku głównym w szarym, odległym Elblągu. Tak, dmuchany gumowy materac bardzo lubi Elbląg, a i Elbląg bardzo lubi dmuchany gumowy materac. Ale dziś polecimy gdzieś znacznie dalej, może nawet ujrzymy brzeg morza, który dziś zapewne pokrywa lód bądź chociaż jaka kra. Mój mały gumowy materac nie boi się lodu, ma przecież delikatne łapki, a gdy trzeba, wysuwa swe błony i inne gadżety pływne. Większym zagrożeniem są ostre krańce kier. Tych mój mały gumowy materac troszkę się boi, dlatego niekiedy podczas lotu muszę na chwilę odetkać tubkę, przez którą zazwyczaj wdmuchujemy mu powietrze i dolać tam magicznego płynu, który potrafi dodać odwagi. Wiem, trochę ryzykujemy swoimi życiami, ale czym byłoby życie bez odrobiny ryzyka!
O, chyba już się napompował! A zatem w drogę mój gumowy dmuchany materacu!
piątek, 4 stycznia 2013
Gdy już opadła mgła
próbowałem namówić materac na wspólny przelot nad miastem:
- weź się w mig nadmuchaj i przelećmy się gdzieś, bo już nie mogę!
- możesz, ja muszę leżeć!
- kiedy to leżałeś wczoraj cały dzień! Z resztą ile można leżeć?!
- wydaje się, że aż do skończenia świata i nawet dłużej, bo przecież po skończeniu świata nasze ciała będą się jeszcze gdzieś rozkładać, leżąc!
- zatem będziesz leżał po wsze czasy, ty, taki gumowy!
Wówczas materac zaniemówił i zwlekł się z łóżka dla dmuchanych gumowych materaców i zaczął zbierać się do wylotu, nie omieszkując jeszcze przy tym ponarzekać:
- kiedy to jest taka pogoda, chłód, wiatr, deszcz - zmokniemy obaj, przewieje nas i przez dwa tygodnie nigdzie nie polecimy!
- polecimy z wiatrem! - odparłem.
- a jak chcesz lecieć w drodze powrotnej?
- będziemy lecieć za jakąś ciężarówką, co swą masą wiatr rozmiata.
- no dobra - niechętnie przyjął propozycję dmuchany gumowy materac, któremu teraz najpoważniej zbrakło argumentów pogodowo-egzystencjalnych.
Po kilkunastu minutach spędzonych na oczekiwaniu, aż materac przygotuje się do opuszczenia mieszkania, otwieram okno, zasiadam wygodnie na materacu i oto fruniemy razem ponad szarym miastem. Skrapia nas deszcz po drodze, jednak nie jest nam on straszny od kiedy dmuchany gumowy materac dowiedział się, iż woda nie stanowi zagrożenia dla gumy i gdyby on sam nie został przeznaczony do latania, pływałby po mazurskich jeziorach ze zgrajami dzieci na swym umęczonym grzbiecie. Wydaje się, że uświadamiając materacowi tenże fakt, nauczyłem go żywić wdzięczność względem pewnych prawideł rządzących owym światem oraz pewnych zrządzeń losu, które czynią nas tym czym w danej chwili jesteśmy.
- materacu, materacu! - wołam nagle - polećmy nad torami! Weźże skręć za Dawidami i lećmy nad Jeziorkami i Jeziorek torami i przy torach topolami!
Materac bez dłuższego namysłu wykonuje polecenie i teraz lecimy nad szynami, których nie widziałem już dobre pół roku. Prosto, prosto i oto podwójny tor, czyli szyny w liczbie cztery zaczynają się materacowi troić w oczach czyli szyn jest teraz sześć i właśnie teraz szósta i piąta szyna zaczynają gdzieś skręcać. Zdezorientowany materac przystaje w powietrzu i nie wie co dalej, toteż muszę wydać rozkaz:
- leć materacu, leć do najbliższej stacji! Tam przystaniemy, schowamy się pod dachem, tam też się zastanowimy!
Tak oto dolecieliśmy do pobliskiego dworca, gdzie schroniwszy się przed deszczem, rozsiedliśmy się na żółtej ławeczce i zaczęliśmy intensywnie myśleć - ja i on - dmuchany gumowy materac.
środa, 2 stycznia 2013
Na swym latającym materacu
napędzanym niecodzienną mieszanką paliw, wlatuję wciąż jeszcze na starym bilecie, po starej, niższej cenie, w nowy, nieznany rok, w którym moim jedynym postanowieniem jest więcej latać na latającym dmuchanym materacu, osiągać coraz to większe wysokości i przemierzać coraz to większe odległości, aż w końcu nie będzie miejsca na ziemi, w którym nie byłoby mnie i mojego latającego dmuchanego materaca.
Po przelataniu całej wczorajszej nocy, materac musiał odpocząć na parkingu dla jemu podobnych latających dmuchanych materaców, z którymi, obecnymi tam materacami, i chętnie by się zaprzyjaźnił, gdyby nie to, że każdy z nich leżał jak jeden flakiem i nawet nie chciał słyszeć o podróżach. A w dodatku była mgła, a żaden rozsądny materac w taką mgłę po mieście nie lata.
Dziś jednak, długo jeszcze przed świtem, mój latający materac dmuchany, był już w pełni gotowości, czekał napompowany, merdając przy tym swoim maleńkim, służącym ostatecznie do wdmuchiwania powietrza, gumowym ogonkiem. Długo się nie zastanawiając, wskoczyłem na (na)dmuchany, gumowy grzbiet materacowy i tak oto razem pognaliśmy przed siebie, w nowe życie i w nowy czas.
piątek, 28 grudnia 2012
Nad dzieciątka snem
wszyscy czuwają. Prawie wszyscy. Niektórzy czuwają nad garami, naczyniami, kolędami, prezentami tak, by inni mogli czuwać nad czym chcą. Próbuję więc czuwać nad swym snem, bo jeśli nad swym snem nie zaczuwam sam, nie zaczuwa nad nim nikt.
Dzieciątko ma się doskonale. Bliżej, ciszej, ach, byle tylko nie obudzić. Krzyk dzieciątka może przynieść zgubę światu, ale nie o to chodzi. Dzieciątko śpi spokojnie. Nie przeszkadzają mu zzuwane w przedpokoju buty, brzęk szkła, rozmowy domowników, mikstury i pryncypały organów, bractwa śpiewacze, dzwonki i wycie psów.
Podczas gdy dzieciątko grzecznie śpi, pompuję wodny materac, którym tej niezwykłej nocy wyprawię się w głęboką noc. Cichaczem wymykam się na balkon właśnie wtedy, kiedy wszyscy domownicy rozbijają się po kuchnio-łazienkach. Materac nieco trzeszczy, ale raz dwa, podrywamy się do lotu w bezsenną noc.
Mijamy księżyc, który przed chwilą stracił z oczu betlejemską kometę. Przez chwilę wszyscy razem, tj. ja, materac i księżyc, wypatrujemy dymu z kadzidła, który wskazałby nam gwiazdę. Dym się jednak nie unosi, więc księżyc czeka kolejna nudna noc.
Nie przeszkadza mu to jednak wysysać ze mnie snu. Tak, oto każda bezsenna minuta, dodaje księżycowi pełni. Robi się coraz to okrąglejszy, aż na twarz wyskakują mu rumieńce. Księżyc lubi mieć jednak białe rumieńce, więc właśnie takie sobie przypiął i niepokoi zwierzęta zgromadzone przy szopkach, jak również te, którym przy szopkach nie udało się zgromadzić, gdyż wiernie na łańcuchach uwiązane stoją.
Lecę nad dzieciątka snem. Przelatuję wśród nocnej ciszy i rzężenia gumowego materaca, który jest materacem wodnym i wolałby się popluskać niźli udawać Ikara. Niestety, woda zamarzła, a na powietrznych drogach luz, więc rozwijamy kosmiczne prędkości.
Aż w końcu jesteśmy zmęczeni. Lądujemy na tarasie. Spuszczam powietrze z materaca. Wchodzimy przez drzwi balkonowe, siadamy do opuszczonego stołu i cichaczem zajadamy rybę.
Wniosek z całej tej historii jest taki, że ryba przez swą konstrukcję fizyczną, nie dała rady dobiec do stajenki i przywitać się z Nowonarodzonym, toteż stała się pierwszorzędną potrawą wigilijną, której jest zawsze w bród i która lubi się ciągnąć, niczym guma z materaca, do czwartego dnia świąt. Chlup.
Subskrybuj:
Posty (Atom)