niedziela, 14 listopada 2010

Święty spokój

Do porannej kawy w pustym pokoju
Robert Plant śpiewa
że nie ma powrotu
bo nie ma
a Ty masz
święty spokój

czwartek, 11 listopada 2010

Cykl „Okna”

Okna lewego skrzydła bloku na przeciwko. Cztery piętra, po cztery okna na każdym piętrze, w sumie dwadzieścia okien, milion historii, wyobraźni istne szaleństwo.

1.    Czwarte piętro, drugie okno od lewej.

Żółte ściany są przypadłością zdecydowanej większości pokoi w tym bloku. Żółte ściany, biały sufit. Kto ma trochę sił twórczych i silnej woli chwyta wiadro i pędzel i robi wokół siebie. Kto ma tapetę, ma pecha, ale za drugim oknem od lewej na czwartym piętrze tapety raczej nie ma. Jest żółta ściana, którą przed kronikarskim wzrokiem kryje czerwonawa zasłona. Na parapecie stoi takie mocno żółte coś, co za dnia szczególnie rzuca się w oczy. Może być, że lokator oprawił w żółte coś zdjęcie kogoś ważnego. Nie na tyle jednak ważnego, by móc oglądać go całymi dniami. W końcu na wieczór bezlitośnie zaciąga zasłonę. Ktoś taki, niby miły sercu, stoi sobie cierpliwie na parapecie i jeśli myśli, że cieszy się spojrzeniem swego amatora przynajmniej osiem godzin dziennie, grubo się myli. Amator przesiaduje od dziesiątej do siedemnastej w murach uniwersytetu. Choć może urywa się z zajęć, by popatrzyć na swoją ukochaną. Wątpliwe, bo dobrze tu widać kto kogo... Jednak kiedy słońce zachodzi, zasłania zasłony i zachodzą jak gdyby dwa słońca i teraz oczekuje swojego trzeciego słońca, które z chęcią rozkłada przed nim swoje długie promienie, lecz jak nużą promienie słoneczne kiedy masz w pokoju żółte ściany, no jak!

środa, 10 listopada 2010

labrīt

bohater leży
jedną godzinę
w drugiej kaszle
raz
za drugim razem
unosi się jego ciało
kaszle stary dziad
na brudną wykładzinę
wypluwa serce
ogólnie krew
wstaje
odchodzi
poszedł
a nie
jest.

piątek, 5 listopada 2010

ból dobrze wiadomo czego

im bardziej powinna wstać wyjść
tym dłużej przesiaduje na krześle
ubrudzonym chałwą
o smaku słonecznika
dziwne to
i niepokojące

poniedziałek, 1 listopada 2010

Spacer

Osoby

PANI
PAN


Hotelowy korytarz. Długi na dwie mdle pomarańczowo żarzące się jarzeniówki. Czysta podłoga. Gdzieś pod oknem znajdującym się na końcu korytarza wala się puste plastikowe opakowanie po piętnastoprocentowej śmietanie jakiegoś francuskiego producenta. Pan puka do drzwi Pani. Pani otwiera.

PAN  Pani wybaczy, ale widać po pani cierpienie na nudę, dlatego postanawiam rozwiać w pani ten stan i proszę o spacer, nie mniej, ni więcej trzydzieści minut niewinnego spaceru, nawet nie pytam czy się pani zgadza, zatem za pięć minut pod portiernią, zgoda? Zgoda!

Po pięciu minutach, na zewnątrz. Jesień. Późny wieczór. Pół ludzia na chodniku. Pół księżyca nad półludziem. Chodnik. Idą.


PAN  Doskonale, że się pani zgodziła. Drogę będę wskazywał palcem, coby za wiele nie mówić. A i pani zapewne nie zada zbyt wielu pytań.

Idą. Po lewej las. Po prawej nie. Chodnik. Przed nimi gdzieś daleko widać światła. Kroczą ku nim. Po lewej kończy się las. Półludź już dawno zniknął za lasem. Po prawej wysoki blok w kolorze rzadkiego gówna. Widzą teraz oświetloną pętlę autobusową. Idą przez przejście. Pan wskazuje palcem na pętle. Idą przez środek pętli. Coraz wolniejszym krokiem. Mijają pętle. Przed nimi las. Pętla za nimi. Światła za nimi. Półludź za nimi. Księżyc już nie nad nimi, ale za nimi. Życie za...
W pewnym momencie pan spogląda na zegarek. Jest już piętnasta minuta spaceru. Lekko dotyka biodra pani. Na jego twarzy maluje się wyraz lekkiego obrzydzenia. Kreśli palcem w powietrzu koło. Zawracają. Widzą światła i pętle autobusową. Idą. Za nimi las. Przed nimi pętla. Światła przed nimi. Półksiężyc przed nimi i trochę nad nimi. Półludź przysiadłszy na jednej z ławek przy pętli autobusowej, zdejmuje prawy but i obgryza paznokcie u stopy lewej. Przechodzą obok. Mijają pętle, światła, przechodzą przez przejście, las mają po prawej, mijają, półksiężyc znów nad nimi, chodnik pod nimi, wreszcie stoją pod drzwiami hotelowymi...


PAN  W sumie nie zamieniliśmy słowa. Widzi pani, ale skoro wytrzymałem pół godziny bez rozmów z panią, czyli tak naprawdę jakby bez pani w całej jej okazałości, wydaję się, że zniosę tak już całą wieczność. Do widzenia.

wtorek, 26 października 2010

Pierwszy śnieg

Kołdra jest starym ornatem
uwinąwszy się stoisz przy parapecie
jak przed przedwojennym ołtarzem
masz oczy w górze masz i niewiarę

przeciągnąwszy po oknie firanę
w walizce rzeczy upycha ukochana
cera jej biała
na ciepły ląd mówi ucieka

z głowy wyszarpujesz nici myśli
o zbawieniu wszechrzeczy
chwytasz rękami
rozrywasz na dwie
taki śnieg że nie uratujesz świata

czwartek, 21 października 2010

M.

już drugi raz wychodzisz na korytarz zobaczyć
co ma na sobie za pierwszym razem cały świat
oglądasz w jej oczach mówi chodźmy tu potem
jeszcze tu tam i tam w jej dłoni duże szkło na dnie
resztki pomarańczowego wina
obiecasz jej wszystko już drugi raz wychodzisz
na korytarz na głowę upaść na kolana
spojrzeć wiesz więc
viens
viens Marie changer ma vie

wtorek, 19 października 2010

jesień

jesień że jest uświadamiasz sobie
kiedy ucieka twój trolejbus kiedy
stoisz z głową na szyi z twarogiem
w jednej z torbą jabłek w drugiej
ręce z Bogiem na górze i jakby to
już było na tyle

sobota, 16 października 2010

...znaczy usłużna, uczynna

na kiwnięcie palcem
przechadzasz się po pokoju
przechadzasz się po pokoju
bez kiwnięcia palca
życie stało się takie proste
łatwe

czwartek, 14 października 2010

***


Z czerwonej jak ogień piekielny herbaty po łyżce
z dna sterczącej wyłazi para kara za co pod wielkim
kotłem tli się płomień piekielny  
przyjdzie nie przyjdzie
koniec

środa, 13 października 2010

sprawozdanie z niemocy twórczej

ogarnia mnie niemoc twórcza myślałem
pójdę wyniosę ser żółty do lodówki nie
mogę ciągle wrócić nie wiem co się
stało że chyba umarłem