środa, 26 listopada 2014

Jeden się rodzi

...drugi umiera. Te słowa rodem z serialu Dynastia doskonale oddają nie tyle istotę egzystencji ludzkiej, co pewną prawidłowość funkcjonowania blogosfery. Nad owym fenomenem można się rozwodzić godzinami, spierać, kłócić, dyskutować, rwać włosy z głowy, krzyczeć, a nawet wić się w konwulsjach, leżąc na ziemi, wołając, że nie, że tak przecież nie jest, jest tak naprawdę inaczej, ale też nie do końca, bo przecież są wyjątki, a każdy przypadek jest inny i nie można generalizować. Ja jednak nie o tym.

Nawet zupełnie nie o tym, choć trochę rzeczywiście o tym, bo nie da się tak zupełnie zejść z obranej ścieżki. A skoro się nie da, to będzie nie o tym, ale w kontekście tego. Ale dosyć, wystarczy. W gruncie rzeczy zmierzam do tego, żeby wyjawić Ci pewną tajemnicę… Tak! Już za chwilę stanie się coś, czego możesz się nawet nie spodziewać. Tak… myślę, że się tego nie spodziewasz. Ale zanim do tego dojdę, powiem Ci co mnie skłoniło do podjęcia decyzji, którą za dosłownie kilkanaście sekund zamierzam Ci wyjawić.

Otóż wziąłem kąpiel. Brzmi niepokojąco? Wybacz, jeśli tak. To nie była zwykła kąpiel. To była kąpiel w żółtym serze. Tak. Wykąpałem się w żółtym serze. Ale nie w jednym serze, dwóch ani nawet trzech. Wykąpałem się we wszystkich serach tego świata. I to była fascynująca, niezwykła przygoda, o której już wiesz, i której bynajmniej nie żałuję. Jednak ser to nie rzeka. Dlatego każda kolejna kąpiel w żółtym serze naraziłaby mnie na zażywanie dokładnie takiej samej przyjemności, jakiej już miałem przyjemność zakosztować. Tak… tak się składa, że w przeciwieństwie do rzeki, można wejść dwa razy do tego samego żółtego sera. Życie, Drogi Czytelniku, jest zbyt krótkie, by taplać się w tym samym serze, dlatego podjąłem decyzję o…

Ale zaraz! Jeszcze jedno! Całkiem niedawno, pamiętam, kiedy brałem przedostatnią kąpiel w przedostatnim żółtym serze, ktoś podpłynął i nadgryzł mój niejadalny kontynent. Tego było za wiele! Z resztą wyobraź sobie szok, jaki przeżyłem, kiedy wyszedłem z przedostatniego sera i ujrzałem nadgryziony niejadalny kontynent. To ostatecznie skłoniło mnie do wzięcia losu w swoje ręce. Tak, teraz już wiesz…

A przynajmniej możesz się domyślać. To już naprawdę ostateczna decyzja i nie zamierzam jej zmieniać. Myślę, że z początku może Cię nawet ogarnąć pewnego rodzaju szok, niedowierzanie, a w końcu i małe rozczarowanie. Ale pamiętasz Dynastię? Pamiętasz co powiedziałem na początku? Jeden się rodzi, a z drugim nie najlepiej? Nie przejmuj się. Będzie jeszcze lepiej niż najlepiej! Ale uważaj! Nigdy nie wiadomo jak długo będzie lepiej niż najlepiej. Dziś świat jest niepewny i wystarczy mały wybuch atomowy, żeby sprzątnąć blogosferę. Ale nie martw się. Trzymam rękę na pulsie. W razie czego dowiesz się ode mnie jako pierwszy, że to już… Wierzę, że mi ufasz, dlatego zdradzę Ci moją tajemnicę! Siedzisz głęboko w fotelu? Zapiąłeś pasy? Zrobiłeś wszystkie badania? To dobrze. Bo chcę Ci powiedzieć, że…

PRZEPROWADZAM SIĘ!

I jak?..

Z początku też było to dla mnie trudną decyzją, ale teraz mam pewność, że zrobiłem dobrze. Z resztą sam się przekonasz. Kiedy? Za nie więcej jak chwilę, która minie niczym mgnienie oka, niczym trzask łamanego skrzydła samolotu, niczym przejazd pociągu Pendolino pod mazowieckim wiaduktem. Imponuje? Owszem. I to bardzo. 

A teraz zdradzę Ci, że jesteśmy już bardzo blisko wielkiego finału, na końcu którego usłyszysz fanfary grzmiące w tempie allegro molto vivace. Tak, to będzie wielkie forte fortissimo. A wiesz dlaczego? Otóż wyobraź sobie, że pozwolę Ci zajrzeć do mojego nowego kącika. Mało tego. Będziesz mógł w nim czuć się jak u siebie i myślę nawet, że bardzo Ci się w nim spodoba. Pewnie zastanawiasz się, jak długo i ciężko będziesz musiał pracować na tak ciepłą i zażyłą relację ze mną, byś mógł pozwolić sobie na taką bliskość. Długo się nad tym zastanawiałem i wyobraź sobie - znalazłem idealne rozwiązanie, które zadowoli zarówno mnie jak i Ciebie, a z pewnością zaoszczędzi czasu nam obu. Tak się składa, że cały ten żmudny proces skróciłem do…

1 SEKUNDY!!!

Jak tego dokonałem? Całkiem niedawno okazało się, że mój przyjaciel z Azerbejdżanu ma przyjaciela w USA, do którego dał mi numer wraz z kierunkowym. Nie namyślając się długo, wbiłem na swój telefon cyferki jego numeru i połączyłem się z nim, by opowiedział mi o swoim odkryciu. Jednak zanim do tego doszło, okazało się, że on…

NIE MÓWI PO POLSKU!

Na szczęście miałem pod ręką słownik angielsko-polski i polsko-angielski, na który wydałem 149 zł plus koszt dostawy (15,90 zł), ale - to kolejna dobra wiadomość dla Ciebie - zamierzam podzielić się z Tobą swoim amerykańskim odkryciem zupełnie ZA DARMO! Nie wierzysz? Mi?! Myślę, że możesz mi zaufać, bo mówię mądrze i składnie, a w dodatku te słowniki… 

Tak, cieszę się, że nadal jesteś ze mną, ponieważ teraz już czas, żeby powiedzieć Ci, co tak naprawdę odkryli amerykańscy naukowcy. Otóż amerykański naukowiec Dżejson, kolega mojego azerskiego kolegi Kindżałsona wraz z całym zespołem najbardziej uczonych naukowców na świecie odkrył…

LINK

Tak… teraz już wiesz. Za to odkrycie otrzymali z resztą Pokojową Nagrodę Nobla. Otóż, wyobraź sobie, okazało się, że teraz można połączyć cały świat ogromną siecią linków. Ale do tego zabrakło jeszcze jednego odkrycia, które ziściło się niedługo potem i również zostało nagrodzone Noblem, a była to możliwość…

KLIKNIĘCIA W LINK

No, to teraz masz już wszystkie potrzebne narzędzia i całą tę niezwykłą wiedzę, by móc się spokojnie i bez żadnego wysiłku przeprowadzić ze mną do nowej lokalizacji. Wystarczy, że…
Ale czekaj! To znaczy nie czekaj! Mówiłem już, że całą naszą blogosferę może sprzątnąć wybuch atomowy, pamiętasz? Jestem pewien, że pamiętasz. Myślę, że kto jak kto, ale Ty nie zawiedziesz. Dlatego i ja nie zamierzam Ciebie zawieść. Proszę Cię tylko, abyś nie zwlekał z decyzją i zrobił to jak najszybciej, ponieważ nigdy nic nie wiadomo… 

Jednak nie to jest najważniejsze. Najważniejszą, najwspanialszą i najniezwyklejszą informacją dla Ciebie jest to, że zamierzam Cię zaprosić do siebie i pozwolić Ci czuć się u mnie jak u siebie i czerpać z owego czucia pełnymi garściami. Jesteś gościem, a nawet trochę gospodarzem na najwyższych prawach szczególności. Ale mam coś jeszcze wspanialszego dla Ciebie! Otóż w podziękowaniu za to, że dotarłeś aż tutaj, powiem Ci, że możesz przebywać w mojej lokalizacji ile tylko zechcesz. Żadnych ograniczeń, żadnych ponagleń i żadnych wyganiań. Ale nie zwlekaj. Pamiętaj, że im wcześniej zaczniesz, tym dłużej będziesz mógł tu zostać i siedzieć. Wszystko to plus jeszcze ekskluzywną gwarancję nieskończonej satysfakcji otrzymasz jeśli wykonasz jedną prostą czynność, która trwa sekundę, jest kompletnie za darmo i w dodatku NIC NIE KOSZTUJE! Wystarczy, że…


I już! Jesteś na miejscu! Rozgaszczasz się! Czujesz miękkość, przyjemność i dobre powietrze. Czy nie właśnie tego oczekiwałeś? Myślę, że masz teraz więcej niż się spodziewałeś.

Ale to nie koniec. Mam dla Ciebie coś jeszcze. Już może nawet o tym wspominałem. Przecież nic przed Tobą i tak nie zamierzałem ukryć. Otóż w wypadku, gdybyś z jakiegoś powodu nie odczuł satysfakcji, zadowolenia, miękkości, przyjemności, czy świeżości, daję Ci dożywotnią gwarancję powrotu tutaj. Wystarczy, że kliknąwszy tam i odczuwszy nieprzyjemność stamąd, klikniesz WSTECZ, a wszystko wróci do poprzedniego stanu i będzie tak jak dawniej, czyli też super. Myślę, że od super-dawniej i tak wolisz lepiej niż najlepiej, dlatego pozdrawiam Cię serdecznie i witam jeszcze bardziej serdecznie w nowych progach i w nowym, lepszym świecie.

Z powinszowankami
Autor

wtorek, 4 listopada 2014

"78% ludzi woli psy. Reszta to poważni kandydaci do Nagrody Nobla".

Nie dalej jak dwa dni temu stałem nad brzegiem rzeki i wpatrywałem się w wiry. I kiedy tak stałem, a wiry przede mną kręciły się jak szalone, po piachu na przeciwległym brzegu kroczył kot. Było to zwierzę średniego wzrostu i burej sierści, zwykły, przeciętny mazowiecki kociak, który przyszedł na świat nie dalej jak w kwietniu mijającego roku i jeszcze tej jesieni celebruje swą dumną i rozbuchaną młodość, zbliżając się z każdą sekundą do krawędzi brzegu, by wreszcie zamoczyć swe mięciutkie łapy w szarej rzece. Kot od zawsze jawił mi się jako istota darząca wodę wstrętem, a wszelkie w niej zanurzenia miał mieć za gehennę, od której gorszy mógłby być wściekły ogień najbardziej sycylijskiego wulkanu we wszechświecie. Im bardziej kot wydawał mi się wodowstrętny, im bardziej kojarzył się z wrzucaniem do wanny i odbijaniem się łapami od toni, i im bardziej jeszcze jego kontakt z wodą ograniczał się w moim mniemaniu do obojętnego maczania różowego języczka w wodzie, tym bardziej kota otaczały rzeczne fale. Był już w połowie rzeki, kiedy pojąłem naturalność tego zanurzenia. W końcu nie był jak przepływający rzekę człowiek - niespokojny, pogrążony w ferworze usilnej walki z nurtem i nie do końca pewny powodzenia swojej wyprawy. Poruszał się jakby z dala od tego chaosu i dokładnie wiedział, co się z nim za chwilę stanie. Jego sylwetka nie opierała się nurtowi, a współgrała z nim, tak, kot ten w pewnym momencie przypominał jakieś kunowate stworzenie rzeczne! I jeszcze to godne podziwu skupienie, spokój kociego ducha i kocie dusze na kocich ramionach, które na wszelki wypadek nie zamaczają swych stóp. Kot wychodzi na brzeg, znika w krzakach. Biegnę, biegnę w krzaki, bo chcę ujrzeć kota, co przepłynął rzekę! Może nawet chcę go mieć, jest, chyba miałczy do mnie, wytrzeszcza na mnie oczy, i chyba zamieszkamy razem!
I oto chwyta mnie jakaś ręka i ciągnie na bezkresne łąki, z dala od rzeki, krzaków, z dala od rzecznego kota.

środa, 29 października 2014

7 powodów, dla których warto dłubać w nosie

"Dłubanie w nosie jest tak stare jak człowiek". Słowa doktora Wernera pokazują nam powszechność tego czynu już w niepamiętnych, zamierzchłych i prehistorycznych czasach. A jednak ta na pozór łatwa i przyjemna czynność została na przestrzeni wieków wypędzona z salonów i dziś zdaje się być tłumiona w zarodku. Tymczasem naukowcy odkryli zbawczą moc dłubania w nosie. Otóż owa działalność może poruszyć sparaliżowanego, a także całą jego rodzinę oraz bliskich. Jakie jeszcze korzyści można czerpać na co dzień? Co jeszcze tracimy, wstydząc się tej tak oczywistej i prostej czynności? I wreszcie - jak bardzo dłubanie w nosie czyni nas wyrazistymi i rozpoznawalnymi w oczach społeczeństwa? Oto kilka powodów, dzięki którym poczujesz, że Twoje życie bez dłubania w nosie jest niewiele warte.

1. Dłubanie w nosie leczy paraliż i to już wiemy.
 
2. Dłubanie w nosie podczas rozmowy z drugą osobą poprawia wzajemną koncentrację. Osoba dłubiąca skupia się mniej więcej 3 razy bardziej niż podczas żucia gumy do żucia. W tym czasie osoba niedłubiąca spogląda na dłubiącą z czymś w rodzaju lekkiego niedowierzania połączonego z lekkim zażenowaniem, co znowu wzmaga jej koncentrację 4 razy bardziej niż żucie gumy połączone z dłubaniem w nosie.
 
3. Kozy! Czy miałeś ich kiedyś aż tyle?!
 
4. Wałkowanie, w przeciwieństwie do wałkonienia, jest czynnością nie tylko pracochłonną, lecz także dodającą osobie jej się oddającej prestiżu społecznego. Otóż wyobraź sobie - jesteś na przystanku, wokół Ciebie tłum ludzi, a Ty stoisz i lepisz coś między kciukiem a palcem wskazującym. Z daleka jednak nikt nie widzi obrabianego przez Ciebie budulca, przez co z perspektywy obserwatora przypominasz greckiego filozofa, co wśród warstwy oświeconej cieszy się ogromnym poważaniem, plebs zaś będzie uważał Ciebie za niezrównoważonego psychicznie dziwaka, odludka i odszczepieńca. Ważne to nie być szarym człowiekiem w szarym tłumie. Dłubiąc w nosie masz tę gwarancję!
 
5. Czy Mozart nie dłubał w nosie?
 
6. Nie wszystek umrzesz! Powinno coś zostać na futrynie, pod blatem biurka czy pod którymś z siedzeń jednego z autobusów miejskich.
 
7. Czy dłubanie w nosie przy jedzeniu może budzić obrzydzenie? Nic z tych rzeczy! Wystarczy, że wsiądziesz do tramwaju, gdzie wszyscy dookoła zdradzają przez słuchawki swoich telefonów co będzie na obiad. Zaczynasz to robić. Wiercisz coraz głębiej. Czy widzisz, żeby kogoś ruszało to dłubanie w nosie? No właśnie... 
A sparaliżowanego rusza!

czwartek, 16 października 2014

5 sposobów na upgrade Twojego mózgu

Ponieważ od jakiegoś czasu usilnie pielęgnuję swój mózg, aby świecił i pięknie się prezentował w świetle monitorów, opracowałem 5 sprawdzonych porad, dzięki którym również Ty utrzymasz swój mózg w doskonałej formie na długie lata i za rok za dwa nie zapomnisz, jak masz na imię.

1. Czynności które wykonujesz prawą ręką, wykonuj lewą. Pójdź na imprezę i pij wódkę, trzymając kieliszek właśnie w lewej. W ten sposób alkohol zaatakuje prawą półkulę, która odpowiedzialna jest za myślenie katastrofalne. Będziesz szczęśliwy i unikniesz depresji.
2. Ćwicz koncentrację. Wynajmij pokój na ostatnim piętrze najwyższego budynku w mieście i śledź tramwaj. Od rana do wieczora. Od pętli do pętli.
3. To co robisz na co dzień wzrokiem bądź słuchem zrób używając innego zmysłu. Wypraw się na przejście dla pieszych na najbardziej ruchliwym skrzyżowaniu w swojej metropolii, zamknij oczy, zatkaj uszy i nosem wyczuj zielone światło. Teraz dzielnie ruszaj przed siebie!
4. Codziennie rób coś nowego. Co noc zasypiaj na innej ławce i budź się na innej komendzie.
5. Unikaj stresu. Jeśli picie wódki z kieliszka bądź butelki trzymanych w lewej ręce budzi Twój niepokój, przełóż do prawej.

środa, 1 października 2014

Jej głos

Po licznych zawirowaniach autobusowo kolejowych, po doświadczeniu zniknięcia trzech pociągów i pół godzinie spędzonej na zimnym i szarym dworcu, na którym całe moje jestestwo zajmowali panowie utwardzający grunt pod nowy nasyp i nowe tory poprzedzone specjalną siatką o nieznanej mi bliżej funkcji, znalazłem się na trzecim peronie Dworca Centralnego, gdzie spotkał mnie mój ulubiony głos pani zapowiadającej przyjazdy, odjazdy, opóźnienia, odwołania pociągów i Bóg jeden wie co jeszcze. A głos to niesamowity! Wręcz niebiański, aksamitny, piękny, zmysłowy i przy tym jeszcze niezwykle przyjazny. I gdyby ten głos jak gdyby z innego świata po ośmiu godzinach pracy, nie odwracał się na swoim obrotowym krześle, nie zakładał płaszcza, nie zarzucał na ramię swojej skórzanej torebki i nie wychodził lekko potrzaskując drzwiami, wydaje się, iż mógłbyś spędzić życie słuchając głosu pani, której każde słowo, choć wymawiane z niezwykłym spokojem i wewnętrznym optymizmem, nosi w sobie silnie przyciągające coś. Nawet każda jej pauza wstawiana zwykle po nieszczęśliwie nietrafnie wymyślonej przez mózgi kolejowe nazwie przenosi do innego wymiaru. Gałczyński, Matejko, Korczak, Bydgosia - tak wymienia całą tę naszą klasę, coś jakby obgadywanie znajomych z liceum, leżąc w jednym łóżku. Każdy numer peronu, każdy numer toru, każdy numer sektora podaje z niezwykłą pieczołowitością i roznamiętnieniem. Nawet opóźnienia przemienia w swego rodzaju dopust, mówi że jeszcze przez dziesięć minut będziemy na siebie skazani, ale to wszystko może ulec zmianie, za co uprzejmie przeprasza. I właśnie w tych przeprosinach tkwi zajadła ironia, bo przecież nie chcesz się stąd ruszać i nawet jak nigdzie nie wyruszasz, jesteś tylko marnym przechodniem, jedziesz w górę schodami ruchomymi i nawet nie wiesz kiedy robisz w tył zwrot i kroczysz pod prąd, kroczysz ku dołowi schodami jadącymi pod górę i słyszysz jej głos i chcesz do niego coraz bardziej i bardziej, i dopiero gdy się kończy zmiana, żmudne osiem godzin pochylania się nad mikrofonem i wyliczania pociągów, peronów, torów, sektorów, godzin i minut, słyszysz nową kobietę z innej zmiany z nieporadnym angielskim, niemieckim, rosyjskim, z gardłem przepalonym papierosami i czerwoną kartką, zatrzymujesz się i jak uderzony obuchem w głowę jedziesz tyłem do przodu. Bezlitosne elewatory wcinają cię między swoje zęby i tak spłaszczony lądujesz na powrót na dole, pod same jej stopy, bo właśnie wraca z pracy przez zatęchły dworzec, a w tle słychać szczęk żelaza.

poniedziałek, 29 września 2014

Mamy dom!

No to mamy dom! Znaleziony zupełnie przypadkiem. Bo kto by pomyślał, że w czasie rutynowego snucia się po krzakach nieopodal kolejowego dworca, natknę się na nasze potencjalne mieszkanie. A jednak. Twardo brnę przez błoto, ponieważ asfalt skończył się jakieś dwie minuty spaceru temu. Co jakiś czas pada na mnie zielonkawe światło latarni. Jeżeli coś zmienia się w krajobrazie, to światła kolejowego sygnalizatora. Tak też co jakiś czas majaczy mi czerwień, pomarańcz bądź wściekła śliwka. Przede mną ludzie. Z pewnością nietutejsi. Przyjechali przecież taksówką i z niej wysiadłszy tuż przed błotnistą drogą, brną w szpilach i mokasynach po bagnie, byle się tylko nie zdradzić, że nie są stąd. Idą zapewne do znajomych, rodziny, kogoś, żeby zobaczyć jeszcze jeden z tych nudnych meczów piłki jakiejś tam. W każdym razie... ruszam za nimi!

I oto po minucie spaceru, zaraz za ostrym zakrętem wyłania się wielki szary gmach. Wspaniały dwupiętrowy dom z czerwonej cegły, co okres swej świetności miał jeszcze w czasach, kiedy Niemcy robili nam kolej. Potem przyszli Rosjanie, otynkowali dom na szaro i poszli skąd przyszli. Tak zachowany dom oparł się próbie czasu i dotrwał aż do teraz. Myślę, że czekał na nas! To znaczy na mnie i na Ciebie.

Bo w takim domu otoczonym z jednych dwóch stron topolami i bujną trawą, z drugich zaś dwóch stron - żelazem oraz stricte futurystycznym wglądem w wybitne osiągnięcie ludzkości, moglibyśmy czekać końca swych dni. Żylibyśmy koleją. Ta budziłaby nas o świcie i tuliła do snu. Karmiłaby i cieszyła w chwilach głodu i utrapienia. W wolnych od prozy życia dniach, mielibyśmy blisko praktycznie w każdy zakątek naszej pięknej ojczystej ziemi! A to wszystko dzięki dobroci braci Niemców i litości braci Rosjan, którzy nie wzięli niezrozumiałego odwetu na niewinnych murach.

Taki dom to wielki skarb. W nim zawsze jest życie, zawsze jest prąd. Zawsze jest miłość i zawsze jest podwórko, na którym jest grill. Taki grill z widokiem na peron, gdzie każdego wieczoru zmęczeni po pracy podróżni wyczekują swojego składu do swojuchnej mieściny. Hienim wzrokiem spoglądaliby na mnie, na Ciebie, na piwo i na grill, który przywodziłby na myśl ukochane wakacje. I tak przez cały rok. Ty, ja, grill, piwo, trawa, topola, żelazo i zazdrośni podróżni. Dzięki naszym braciom, co dom z czerwonej cegły wznieśli i dzięki naszym braciom, co go w ruinę obrócić nie dali!

sobota, 27 września 2014

Balkonas

Nie mam balkonu. Ale gdybym miał balkon! Gdybym miał balkon, stałbym się nowym człowiekiem. Przede wszystkim wyszedłbym nań i rozejrzał się wokoło. Tak, poszerzyłby się mój horyzont. Wielokrotnie by to uczynił. Potem nabrałbym powietrza do płuc. Powietrze byłoby świeże, płuca byłyby szczęśliwe. Rozsiadłbym się na balkonie i posłał po Ciebie. Powinnaś się zmieścić. Ale wpierw powinienem wstać i przynieść stolik. Stolik stanąłby na balkonie. Między nami stałby stolik. A na stoliku nim by doszła kawa, zagościłby kot. Kot, którego zaadoptowaliśmy nie dalej jak wczoraj gdzieś między trzecim a czwartym piwem. Kot roztoczyłby swoje imperium na stole. Imperium atakuje! Kot wdychałby świeże powietrze do płuc, a powietrze byłoby świeże. A kot zdrowy. Bez żadnych zastrzeżeń. Miałby sierść. Błyszczałby z balkonu na osiedle całe. Nasz kot zaadoptowany niósłby światu radość gdybyśmy mieli balkon, na balkonie kota, pod kotem na balkonie stolik, przy stoliku ja i Ty wdychamy powietrze świeże do rozradowanych płuc. Póki co nie ma balkonu, a kot nie ma domu, przez co nie błyszczy on z balkonu, nie niosąc światu radości jaką może mieć człowiek, który wie czym balkonu posiadanie. Kto posiadł balkon, posiadł kota, posiadł radość, posiadł nowe życie! 
Póki co nie ma kota, co radosny niósłby blask aż po osiedla kres i dlatego wszelki człowiek smutny chodzi. Smutny jak człowiek bez balkonu. Jak tylko człek bez balkonu smutny może być.

piątek, 19 września 2014

7 sposobów jak wsiąść do autokaru jako ostatni

Nie oszukujmyn się - wepchnąć się na pierwszego potrafi każdy. Tak się jednak składa, że nasze społeczeństwo pełne jest pokornych i bogobojnych ludzi, którzy nie mogą znaleźć zaspokojenia w wyświadczaniu sobie różnego rodzaju grzeczności. Poniżej zatem garstka rad, które pomogą Ci wsiąść do autokaru praktycznie przed samym zamknięciem drzwi i zająć najgorsze miejsce w całym przybytku.

1. Przyjdź na przystanek na godzinę przed dojazdem autokaru. Stara zasada "ostatni będą pierwszymi" doskonale sprawdza się w przypadku tych, którzy na miejsce przybywają minutę po czasie i jakimś cudem znajdują się tuż przy kabinie kierowcy i jako jedyni mają zaszczyt przeparadować przez pusty autokar.

2. Stań z bagażem w kolejce do bagażnika. Praktyka pokazuje, że panowie lądujący towar do luku, z perwersyjną wręcz zaciekłością obsługują w pierwszej kolejności osoby, które doustawiły konkurencyjne kolejki. Dzielne trwanie w pierwotnej kolejce opóźni Twoje wejście na pokład o co najmniej 10 minut.

3. Stań obok i dokończ jeść kebab.

4.Załatw wszystkie potrzeby fizjologiczne w naziemnej toalecie. Z autokarowych toalet korzystają zazwyczaj wszyscy po kolei. Nie dlatego, że im się chce, ale dlatego, że za to zapłacili.

5. Ukryj bilet głęboko w plecaku. Kiedy przed wejściem do autokaru kierowca poprosi Cię o jego okazanie, zacznij szukać, by wreszcie przypomnieć sobie, że masz bilet zapisany na telefonie, który właśnie się rozladował.

6. Dziewczyna głupcze! Nigdy nie podróżuj autokarem sam. Na takie włajaże najlepiej nadaje się wysłużona i ukochana dziewczyna. Kiedy stoicie w trzech różnych kolejkach, a Ty chcesz w jedną, ona w drugą, a wiatr pcha Was w trzecią, macie realne szanse by siedzieć w dwóch różnych końcach autokaru i nie zamienić ze sobą przez całą podróż ani słowa.

7. Przyjdź pół godziny po czasie. W ok. 70% przypadków prawdopodobnie nigdzie nie pojedziesz, lecz nadal istnieją przewoźnicy, którzy troszczą się o swoich spóźnialskich pacjentów. Jak pięknie jest przejść w glorii swojej chwały przez autokar pełen ludzi, którzy czekali właśnie na Ciebie!

niedziela, 7 września 2014

Jestem sławny!

Doczekałem się rzeczy, o której marzyli wszyscy dookoła tylko nie ja. Tak, mógłbym być bogaty, obdarzony licznymi talentami, rzucać oszczepem między miastami, tworzyć systemy filozoficzne, grać wszystkie dzieła Bacha z pamięci, albo po prostu umiłować mógłbym świat, tak iż chodząc po nim, czyniłbym go lepszym jeno spojrzeniem swoim. O mnie zaś piszą gazety i znane nazwiska przepisują moje nazwisko. Znajomi lajkują każdorazowe pojawienie się nazwiska mego na jakichś łamach, a wyszukiwarki internetowe wynajdują coraz to fikuśniejsze zdjęcia mojego oblicza. Będąc tak mocno sławnym poszedłem wczoraj na imprezę.

Na imprezie czerwony dywan w przedpokoju i kanapki z serem żółtym, szynką i sałatą w drugim z pięciu salonów. Pod oknem z zamkniętymi storami rozstawione pufy, pod pufami dywan zielony i lekko włochaty. Siadam na drewnianym łóżku i wyglądam znajomych twarzy z branży. Ale nic to, prawie nikt nie przyszedł. Późno już. Pewnie wszyscy stoją za zasłoną, bo może się wstydzą. Ale nie. Widzę, w otchłani kuchni ludzie. Ale to nie ci. Żadni moi. Sami artyści w sumie. Wszyscy już albo zaraz sławni. Wiem!

A więc nie przyszli! Blask sławy ich onieśmielił, gorzej, pewnie sparaliżował! Zastygli tak przed lustrami w swoich przedpokojach, uświadomiwszy sobie, że przyjdzie im pić w cieniu przemożnej sławy. Ach ta ich skromność... Ale tak, ta sława należy się przecież bardziej każdemu z nich z osobna, ale widać, że los zadecydował inaczej. Co teraz, wołam, co teraz!

Na salony weszła wódka i już wiedziałem co czynić. Jedna, druga, trzecia, czwarta... i tak wszyscy dookoła się upili. Tylko nie ja. Zostałem sam. Ja i moja sława. Opuściłem imprezę lekko się zataczając, żeby nie było, że po tym jak człowiekowi uderza sława do głowy, to nie ma w niej już miejsca dla czarodziejki gorzałki. Na wszelki wypadek poleciłem odwieźć mnie do domu człowiekowi o dobrej duszy. 

Na finiszu drogi nie miałem mu czym zapłacić, toteż przekazałem mu mój osobisty klucz do sławy. Tak, teraz sława stała się jego udziałem, a ja mogę teraz spokojnie siedzieć w łóżku i wsuwać kanapeczkę z serem, szynką i sałatą, którą cichaczem wsunąwszy do kieszeni, pospiesznie i ostatecznie wykradłem się z imprezy.

Fin

poniedziałek, 11 sierpnia 2014

Gehenna wielbłąda, piramidy i kaktusa. Raj dla wodorostów

i tataraku. Tak więc zalało, zalało moje piękne miasto! Teraz pewnie miasto stoi zalane i pewnie nawet zostanie miastem, gdy woda opadnie, jednak wszystko co w nim piękne uleci, zwietrzeje lub chociaż zwiotczeje i oklapnie. Póki co zalało. Zalało drogę, zalało Stare Miasto. Zalało Nowe Miasto i nowy, zrewitalizowany brzeg rzeki. Zalało przystanek, zalało autobus, kierowcę, pasażerów, dwóch kontrolerów, żółty kasownik oraz psa. Zalało kość. Zalało bezdomnego i zalało pałac prezydenta. Zalało pałac kultury i nauki. Zalało kulturę, zalało naukę, zalało pana Józefa i zalało tunel średnicowy. Zalało SOK i zalało straż miejską. Zalało panią w kasie biletowej. Zalało panią ze starymi numerami gazet. Zalało gazety. Zalało książki. Zalało telewizję i zalało internet. Zalało kable. Rury i wszystkie tunele metra. Zalało wiszące mosty. Zalało pub. Zalało szewca, fryzjera, introligatora i dentystę. Zalało wszystko za pięć złotych. Zalało antykwariat. Zalało akwarium. Zalało rybki. Podtopieniu uległy też gry planszowe i semafory. Konie uległy zatopieniu. Utonęli siedzący na koniach policjanci. Zatonął stadion, którego strzegli zatopieni policjanci na zatopionych koniach. Zatopiło kopiec powstania i zatonął płomień powstańczy. Zatonął tramwaj powstańczy i zatonęła syrena. Zatonęły piersi syreny oraz miecz. Zalało syrenę i trabanta. Zalało organy. Zalało operę i zalało kurtynę. Zalało obserwatorium. Zalało magazyny mięsne. Zalało trawnik i zalało kosiarkę. Zalało sprzężone powietrze i zalało promienie ultrafioletowe. Zalało maseczkę, zalało ogórki, zalało kakao. Zalało trzepak. Zalało zlewozmywak. Zalało system Windows. Woda wdarła się do kostnicy. Na końcu zalało bloga i zalało narkotyki. Zalało nielegalny egzemplarz dzieła Adolfa H. Zalało drzewko szczęścia, zalało węża w ogrodzie, zalało sąsiadkę robiącą na drutach, zalało druty, zalało wysokie napięcie, zalało szczękanie zębów i zalało obgryzanie paznokci. Wreszcie zalało płetwy i zalało Facebook. Zalało Lubię to! Lubię to, dlatego zalało. W zalanym finale przyszła druga fala i zalała zalane. Zalało zalane.

piątek, 25 lipca 2014

Inspiro Stereo Gender

Dzień dobry. Miałem nie jechać tym metrem, bo miało nie zabierać pasażerów. No, ale staje, w środku widzę ludzi, dwie pasażerki na biało, jedna na czarno, jakiś mężczyzna, dotykam, żywy, więc jadę, wjeżdżam w tunel, wyjeżdżam, drzwi otwierają się to na lewo, to na prawo. W tym czasie do pani w czarnym dosiada się pan, a na przeciwko audytorium pana. Pan mówi głośno. Pan przeszkadza pani w czarnym. Mi nie przeszkadza, bo siedzę obok. Jestem oszołomiony tym, że pociąg, który nie zabiera pasażerów, zabiera pasażerów, a ja jadę, choć powinienem siedzieć na kamiennej ławce na placu Wilsona, razem z całującą się parą, która też jedzie tym pociągiem, a nie powinna, powinna siedzieć, siedzieć na kamieniu i cmokać aż wycmoka paradajs!
W centrum dosiada się ruda pani z panem bez znaków szczególnych. Ruda pani mówi głośno i przeszkadza paniom w białym. Mi nie przeszkadza, bo jadę, a nie powinienem i tak dalej. Ruda pani, która jak mówi, to przeszkadza paniom w białym zagłusza pana, który irytuje panią w czarnym, wtedy kiedy mówi, a mówi dużo, głośno czym może przeszkodzić panu, który słucha rudej pani, która przeszkadza paniom w białym. Nacierają z obu stron ludzie w wagonie, w którym nie powinni być. Ona i on, i ich bezludny wagon. Paranormalny krypto Inspiro Stereo Gender. 

poniedziałek, 21 lipca 2014

Ktoś z drugiej strony lasu

Ktoś z drugiej strony lasu miał kłada. Poza tym cisza jak nie w mieście i jak nie na jego obrzeżach. Z tyłu kroczy za nami burza, ale jest dosyć daleko, a pioruny wybrały wysokie maszty biurowców w samym centrum, tam też biją. Dzięcioł lata nisko przy ziemi, przepowiadając aurę nieszczególną. Nie wierzymy mu, idziemy za głosem kłada. Na końcu lasu nie ma kłada, jego dźwięk też gdzieś zniknął. Jeszcze w czasie leśnej przeprawy słychać było świst pędzącego pociągu, ale i jego już nie słychać. Burza chodzi w tę i we w tę. My nie lepiej. Znajdujemy kolej. Na tej linii kursują bardzo nowoczesne składy, więc jedziemy. Tory rozwidlają się coraz bardziej ukazując szerokie możliwości nieistniejącego przemysłu. Piękna czerwona lokomotywa spalinowa kusi swym dostojeństwem, a zestaw niebieskich wagonów wabi swą różnorodnością. Jadę każdym z nich, a wiatr mnie letni owiewa. W myślach. Śmiałych takich. To jest moja pocztówka z wakacji.

wtorek, 15 lipca 2014

Leży lisek koło drogi

Leży lisek koło drogi. Trochę napuchnięty, pewnie od słońca. Obie ręce ma, obie nogi, ale już wkrótce zbiegną się jego przyjaciele i odgryzą udka. Tak samo z resztą czynią przyjaciele martwych gołębi, które w dziesięć minut po zgonie kompana maczają swoje dzioby w oku nieszczęśnika, którego wkrótce rozerwą na pół, jedną połowę zjedzą na miejscu, a resztę ukryją w krzakach, gdzie czają się szczury zaopatrzone w plastikowe noże i widelce.
Mniam, mniam myślisz i spoglądasz w niebo, na którym leci samolot z rzekomo najcenniejszym ładunkiem świata, a jeszcze dwa dni temu starsza kobieta na próżno czekała na przedostatni autobus 157, który miał ją zabrać konkretnie pod sam dom.
- rozumiem, że jest mecz, ale nie wszyscy muszą oglądać - mówi i zbliża się coraz bliżej do środka jezdni. Zdaje sobie sprawę, że po prostu może niedowidzieć, tymczasem z każdą chwilą ryzykuje życie coraz bardziej i gdyby uderzył w nią jakiś rozpędzony furgon pełen innego tak cennego ładunku, bez wątpienia w mig oddałaby życie na asfalcie bez chwały zgonu na zielonej murawie. Ja zaś będąc ładunkiem bezwartościowym miałbym się zlecieć i rozpocząć dziobanie.

niedziela, 13 lipca 2014

Zródło rozkoszy

Ten, który, gdy mu złota woda z kranu płynie, nie lęka się i bez obaw się w niej myje, sam w złoto opływa.

poniedziałek, 30 czerwca 2014

All that Jazz

Cześć! Podobno sprowadzili nam do miasta tramwaj, co to ma kabinę co to przypomina budkę z piwem. No taką uliczną, gdzie wydawano tani browar dla niewymagającego klienta. Wiesz, nigdy bym nie poczynił takiej analogii, że ten tramwaj, że ta budka z piwem, ale gazety, one nazwały wszystko po imieniu, znalazły słuszną analogię i zrobiły tak, że te tramwaje nikomu się już nie podobają. 
A mnie się nie podobały tylko z początku. A wszystko dlatego, że były takie nieokreślone, a jednocześnie tak typowe dla tego miasta. No, ale jak już napisali o tej budce z piwem, to jakby mnie olśniło i zmieniłem swoje zdanie na temat tramwaju. Bo widzisz, oczyma wyobraźni stałem na przystanku, czekając na przyjazd nowego tramwaju i już, już widzę jak podjeżdża tramwaj, podchodzę do kabiny motorniczego, a ten uśmiechnięty od ucha do ucha pyta czy jasne czy ciemne, czy słodsze czy z goryczką, a ja stoję, troszkę nie dowierzam, ale przecież jest już ósma rano i najwyższy czas coś sobie strzelić. Na początek małe takie piwko, jasne, tak niewiele ponad pięć procent, nie za słodkie, bo sam fakt istnienia tramwaju z piwem otula mój żywot czymś na kształt cukrowej waty, a i świat się kręci niczym karuzela w niedzielne popołudnie, bo zaraz też robi się piętnasta, a to już ósme, może dziewiąte piwko, bo tyle tych tramwajów miasto zamówiło, a każdy jeden motorniczy taki miły, uprzejmy, cierpliwy, chętnie doradza, nigdzie się nie spieszy i zawsze ma wydać, a jak nie ma, to przecież jeszcze nie raz będzie jechał tą trasą, i piwku nie będzie końca.
Po pracy panowie motorniczowie zapraszają na pętlę, gdzie całodobowe budki z piwem pracują pełną parą. Duża część z nich ma z resztą jutro na drugą zmianę toteż spokojnie zdążą uratować towar przed zepsuciem. 
Tramwaj - budka zakręca na pętli raz drugi, taśma kręci się, ty stoisz przy niej, kręci nam się w głowach, słyszymy szum i to się nie skończy, a flecista wzywa nas, by podążać za nim, bo do tanga trzeba dwojga i jeszcze Polska nie umarła. Taki to jazz pogrywa w tle i od czasu do czasu słychać leniwy brzęk szkła.

czwartek, 26 czerwca 2014

187 II czyli jak wracałem z fabryki ciągników

a wracałem normalnie, jak zwykle nad ranem, autobusem, na który urzędnicy ostrzą sobie zęby, ale w nadchodzącym czasie planują zlikwidować tylko połowę jego dotychczasowej trasy, toteż jeżdżę ile mogę, to znaczy wyjeżdżam, zjeżdżam i ujeżdżam owy autobus na jego trasie, bo przyjdzie dzień, że owa trasa zniknie, bądź on, sam autobus zniknie z owej trasy po wsze czasy. W torbie wiozę niezjedzone jabłko i poradnik o duchowości, bym urastał nie tylko w tkance mięśniowej, lecz także moralnej, bym wspiął się wkrótce na szczyt drabiny dobra i nawet jeśli wyjadę kiedy komu w papę swym silnym ramieniem, natychmiast się pokajam, dając dobry przykład, jak przekuć najniższe zło w najwyższe dobro.
No to jadę na kawę. Jadę z fabryki ciągników skądś tam na kawę do centrum, bo właśnie gdzieś tam między dwoma placami podają najlepszą kawę w mieście, którą polecają sobie wszyscy pracownicy ciągnikarni. Jadę tak i wiem już skąd, jak i po co, i wydaje się, że wiem już wszystko, ale nigdy nie jest tak, że wiem wszystko, bo gdybym wiedział wszystko, miałbym spore problemy z drabiną dobra. No to nie wiem tak naprawdę na którym przystanku wysiąść. Wysiądę na wcześniejszym, to do kawiarni będę dłużej szedł, za to bez stania na światłach i ryzykowania życia na przejściach przez wielopasmówkę. Jak wysiądę na późniejszym, kawiarnię będę miał tuż za plecami, ale będę musiał przejść na światłach, przejść przez wielopasmówkę i do tego jechać dłużej, by iść znowu krócej. No to nie wiem. Ale wiem! Nie jeden psychoporadniczek nie raz już radził, by z niebłahymi decyzjami się przesypiać i przebudziwszy się wybierać, wtedy wszak, po uporządkowaniu przez mózg milionów tetrabajtów informacji z dnia, jedyna najprawdziwsza prawda staje nam przed oczami, by uchyliwszy kapelusza, skłonić się nam w pas. Psychoporadniki nie raz mi już z resztą ratują skórę, bo gdyby nie one, nie skończyłbym studiów na najlepszej uczelni w kraju i nie objąłbym zaraz po ich ukończeniu zaszczytnej funkcji bardzo godnie zarabiającego człowieka, który jest powszechnie szanowany w swojej firmie zarówno przez pracowników jak i podwładnych, cieszy się wielkim zaufaniem i jako jedyny nie przechodzi kontroli wewnątrzspodniowej przy wyjściu z zakładu pracy, a do tego jest człowiekiem skromnym, co to nie nosi lampasów i szary ma strój. 
I tak umieściwszy tobołek z jabłkiem i poradniczkiem między kolanami, zasnąłem na tylnym siedzeniu autobusu i śniłem tak przez całe Aleje Jerozolimskie aż po przystanek na przystanek przed pierwszym przystankiem, o którym była mowa, znanym tutaj jako wcześniejszy. Budzę się i już, zaraz wchodzimy w ostry zakręt, za którym powinienem wyskakiwać jeśli chcę wysiąść na wcześniejszym przystanku, by iść, by mi było zdrowiej i przewiewniej. I nagle trach! Coś uderza w tył autobusu, słychać łamanie i wpadanie pod koło. Autobus dzielnie przejeżdża po czymś, co bierze go od tyłu, gruchocze temu kości i sam odnosi lekkie obrażenia. Resztkami sił dociera do przystanku, gdzie następuje oficjalne wypróżnienie. Tam też pozostanie na dłużej. 
Tak to sen po raz kolejny zdecydował za mnie, za co dzięki ci, o śnie! Również i Tobie, Drogi Czytelniku życzę dobrego oraz nieomylnego snu. Naprawdę warto spać! Zatem dobranoc!

piątek, 20 czerwca 2014

A sklepienie tunelu

było niezwykłe! Nie pierwszy raz szedł owym tunelem, ale po raz pierwszy zatrzymał się na chwilę, by spojrzeć w górę. Czarne sklepienie, do których nie docierało wątłe oświetlenie tunelu podtrzymywane było drewnianymi belkami, których rozmieszczenie kiedyś musiało być dosyć regularne, jednak z czasem belki, wydaje się, musiały się poprzemieszczać, gdyż pod sklepieniem zapanował niezły chaos. Między belkami widział jeszcze ciemne przestrzenie, w których nie dało się dojrzeć niczego więcej. A więc tunel przed zawaleniem podtrzymywały drewniane, nadpróchniałe belki, którym przyszło leżeć jak która chce i jak się której podoba. I to miasto, to centrum miasta, które było na powierzchni również miało opierać się na drewnianych belkach. Gdyby nie one, w tunelu mogłoby być wszystko - jezdnia, samochody, chodniki, ludzie, tory już nie tylko kolejowe, ale także tramwajowe i rzecz jasna same tramwaje, przydrożne drzewa, dom partii oraz pewne egzotyczne drzewko. Póki co jest tunel, są drewniane belki, półświatło, cisza i spokój. A z drewnianych belek wystawały haczyki, na których zawieszone były druty wysokiego napięcia. Poza tym wszędzie ta rdza, która zostaje na butach do trzeciego dnia. Wiedział, że nie może długo stać i tak trwać w zachwycie, w końcu w każdej chwili mógł nadjechać pociąg i przejechać i jego, i ten cały jego zachwyt, a w dodatku stare tory kolejowe nie syczą na długo przed nadjechaniem pociągu, toteż wielkość ryzyka była odwrotnie proporcjonalna do refleksu, jaki wykazuje człowiek po całym dniu ciężkiej pracy, z której niczym górnik powraca tunelem, byle tylko zdążyć na autobus i wrócić czym prędzej do domu gdzie czeka stęskniony i wygłodniały pies. Dlatego przyspieszył kroku, a gdy znalazł się na ostatniej prostej, ujrzał z daleka szczupłe sylwetki funkcjonariuszy zbliżające się do krawędzi peronu. Na peronie musiał okazać dokumenty i zawartość torby, z której buchnął smród przepoconego munduru robotnika, który dla kolejowego strażaka okazał się tylko bączkiem puszczonym przez szczeniaka. Porażony mocnymi światłami dworca nie miał siły dyskutować. Usłyszał tylko coś o karze w wysokości pięciuset złotych i wiedział już, że nie kupi sobie i swojej rodzinie wymarzonej serii dzieł zebranych Steinbecka.

wtorek, 17 czerwca 2014

To znowu on, on czyli Dworzec Gdański

Czarny kot spaceruje po szynie toru przy najkrótszym, a zarazem najdalej wysuniętym peronie dworca. Czarny kot jest nie tylko czarny, ale jego przegenialna sierść odbija światła dworca, mało tego, odbija je wszystkie, ponieważ kot idzie całą jego długością, przecinając snopy wszelkich świateł tak, że czarny kot staje się chwilami niebieski, pomarańczowy bądź też niekiedy nawet czerwony. Szyna wydaje się wręcz skonstruowana dla kocich łap! Kot kroczy wszak raźnie i dumnie po szynie i nie ma chwili, w której by się wahał, chwiał, kot wszak nie wątpi, może tylko gdy usłyszy przejmujące całe ciało syczenie szyny, zwiastujące nadjeżdżający pociąg, ale to ma opanowane, toteż nic kota nie zniesie, instynkt, on jeden tylko.

Podróżuję szynobusem. Pierwszy raz w życiu. Może drugi, ale w Polsce to pierwszy. Bo w Polsce to inaczej, lepiej, milej, bez zbędnego pośpiechu, a więc spokojniej i zdrowiej. W dodatku przytulniej. Bo taki szynobus to trochę taki traktor, a i temperatura wewnątrz też taka żniwno-ciągnikowa. A jazda szynobusem przez most rozpięty nad Wisłą to czysta poezja. Mostu w końcu nie widać, a zatem płyniemy powoli poprzez rzekę i wszyscy są uśmiechnięci. I maszynista z konduktorem, do których zawsze można przyjść i popatrzyć jak to wygląda w przedniej szybie. I pani z psem. I pies pani. I nawet pani naprzeciwko mnie, co odmawia różaniec w intencji bezpiecznej przeprawy.

Wysiadając wszyscy mówią obsłudze szynobusu do widzenia. Wszyscy muszą się do tego znać, bo sprawiają wrażenie jak by się znali. Są szynobusową rodziną. Szczęśliwą rodziną z psem, który mógłby być psem szynobusowym, ale nie, bo oto tóż przed zejściem na peron pies zatrzymuje się na brzegu wagonu i stoi i duma i ma przerażenie w oczach, i nawet pan konduktor się dziwi i pyta psa czy Warszawy on nie poznaje, na co odpowiada właścicielka, że Warszawę zna, ale szynobusem to on jeszcze nie jechał.

Tymczasem po torze na przeciwko spaceruje czarny kot. On też jeszcze nie jechał szynobusem.

wtorek, 3 czerwca 2014

Kurz

Kurz, kurz, wszędzie dużo kurzu! Kurz wznosi się i w świetle latarni zakrawa na mgłę unoszącą się chwilę po tym jak przestało mżyć. No to może mamy jesień. Troszkę tak szarawo i kurzawo jak po sezonie ziemniaczanym. To może nie będzie w tym roku całego tego ceregielenia się z latem, upałami, sezonem żniwnym, tanim winem na przystanku PKS uderzającym do głowy z prędkością dźwięku. Już świta czas różańcowy i ptaszki ćwierkają jakoś tak wolniej, z mniejszym przekonaniem. Posnęli już niewyżyci turyści i sypiający pod byle liśćmi kapusty studenci geografii. Pusto i cicho, upycham ręcznik, piwo oraz herbatniki do granatowej torby i spokojnie wyruszam na przedwczesne wakacje.

niedziela, 1 czerwca 2014

O drugiej nad ranem świt daje znać o swoim istnieniu. Niepozornie wychyla się zza drzew, za którymi rzeka korbką i wyżymaczką przepuszcza błękitno-fioletowe płótno świtu, a stary las kopci papierocha, którego dym sprawia, że są chmury na przedwcześnie zrywającym się niebie.
Niebieski świt dogania cię o tej drugiej na niebieskim siedzeniu miejskiego autobusu. Towarzystwo mężczyzn o sinych twarzach i butelka po piwie z niebieską etykietką pod siedzeniem. Toczą się. Oni i ona. Ona wygrywa melodie na niskich dźwiękach i tylko czasem, kiedy uderza o metalowe części siedzenia, rejestr podnosi się na ułamek sekundy o dwie oktawy, słychać przeraźliwy pisk, mężczyźni o mniej sinych twarzach wzdrygają się, przez chwilę nie śpią, a potem znów śpią. Cały cykl reguluje szkło i prędkość jazdy. 
Mijasz szkielet przyszłego tunelu ponad dużą trasą, gdzie żaden samochód już nigdy nie poderwie się do lotu. Na świt jednak nie zarzucisz sieci szkieletu tunelu, toteż będzie się przez chwilę podrywał jak gdyby w środku nocy i wzlatywał ponad tunele, autobusy, butelki, sinych mężczyzn, las i rzekę, mnie i ciebie.