próbuję rozpakować przynajmniej torbę, bo wrócić do siebie to raczej nie wrócę. Wyjmuję codziennie po jednej rzeczy i w tym tempie skończę się wypakowywać za około dwa tygodnie, kiedy to być może znowu będzie trzeba się spakować i wyjechać, ale nie uprzedzajmy faktów. Na razie się potykam. Rzadziej gdy jest ciemno, częściej gdy widno. Kompletnie bez sensu, ale za widoku łatwiej opatrywać rany i zszywać co zostało rozcięte. Mógłbym mieć pierwsze rany w wyniku trzeźwego, świadomego i zamierzonego działania, taka mała inicjacja, chyba że rany będą rozległe, to i inicjacja większa. Na razie omijam, bądź przeskakuję. Może wpadnę w poślizg z dywanem bądź bez. Może wpadnę w lustro bądź do lustra i przez siedem lat nie napiszę magisterki, bo będę w krainie czarów, a kraina czarów, podobnie jak życie wieczne nie wymaga tytułów ani nic z tych rzeczy. Lubi za to wejścia w wielkim stylu. A zatem, uwaga!
środa, 20 lutego 2013
środa, 13 lutego 2013
Drogi Panie
Michale,
w związku z nadejściem nowego semestru, który jest ostatnim w cyklu Pana studiów, zwracam się uprzejmie o przesłanie mi pierwszego rozdziału pracy wraz z listą publikacji, na których zamierza Pan swoją pracę oprzeć.
Pozdrawiam
Szanowna Pani,
w związku z ostatnimi wydarzeniami nie tylko na ziemi, lecz także i w niebie, rozważam odłożenie wszelkich długoterminowych prac na czas nieco bardziej odległy. Ostatnia decyzja Głowy Kościoła, zderzenie się pioruna z kopułą i wreszcie przepowiednie astrologów budzą we mnie niepokój o dalsze losy świata, a także nakłaniają mnie do zajęcia się rzeczami naprawdę ważnymi, które w wypadku końca naszego bytowania tutaj na ziemi, mogłyby świadczyć na moją korzyść przed Sądem Najostateczniejszym. Natenczas pragnę poinformować o zawieszeniu moich starań o otrzymanie jakichkolwiek tytułów naukowych, które będąc opartemi na wątłej ludzkiej wiedzy, a niekiedy nawet i swoistej przebiegłości, są znikome, przemijające, wreszcie są marnością. Pragnę więc w tych ostatnich miesiącach dołączyć do grupy studentów minionych lat, którzy być może przeczuwając nadchodzący schyłek dziejów, wstrzymują się z pisaniem swych prac naukowych, które złożone w ciemnych i dusznych archiwach, pożarte zostaną przez pierwsze z wielu ostatnich trzęsień ziemi. Gdyby jednak astrologowie okazali się i tym razem mylić, przekonawszy się o tym, czem prędzej porzucę grupę studentów bez dyplomu i znów oddam się pracy na rzecz patologicznego systemu tu na ziemi.
Z poważaniem
czwartek, 7 lutego 2013
Skąd przypływamy? Co jemy? Dokąd lecimy?
Było tak pięknie, szaro i sucho, drzewa miały się na kwitnienie, ludzie na kochanie i oto spadło białe gówno i tylko biały jak białe gówno pies Sandej, który gdyby urodził się przed osiemdziesiątym dziewiątym, otrzymałby zapewne imię Woskriesienje, jest w swoim białym żywiole, tarza się w nim w najlepsze, zatapia się, tak naprawdę to go nie widać, to moja nienawiść do zwierząt przybrała na sile.
Biały jest też jogurt naturalny. Rozkoszował się nim pewien celebryta na antenie pewnej stacji telewizyjnej i niedługo potem rozstał się z tym światem, jogurt nie poszedł za nim, a telewizja go nie unieśmiertelniła, co oczywiście jest bardzo smutne, bo cały ciężar pamięci po celebrycie spada na biedną rodzinę, której w polskich realiach nie jest łatwo, szczególnie po tym jak dobrano się do zasiłków pogrzebowych.
Dziś nie jestem normalny, stoję wieczorem pod białą lodówką, trzymam w reku biały jogurt naturalny i obserwuję białe gówno za oknem, rozważając podstawowe pytanie ludzkości o skąd przypływamy, co jemy i dokąd lecimy. Wtem pies Sandej wydaje się wychylać łeb sponad pokrywy śnieżnej, a w jego ślipiach mieni się odpowiedź, że donikąd.
Lecz oto na krawężnik, przy którym bawi się nasz pies-bohater najeżdża samochód, który parkuje tu od zawsze czyli od jeszcze wcześniej nim mama Sandeja złożyła jajo, z którego wykluł się mały potwór. Tak psie oblicze znika pod kołami.
wtorek, 5 lutego 2013
Sen
w którym śpiewam na pogrzebie
w jednym z najwyżej położonych głosów
requiem zaraz pod sklepieniem bazyliki
chwilę potem na gałęzi cmentarnej sosny
ponieważ latam wzbijam się w powietrze
i jestem we francuskim miasteczku tuż za lasem
gdzie gdy nie latam jeżdżę tramwajem
gdzie kanarka lubi wybiegać z krzykiem
że wsiada na następnym sprawdzać bilety
w trakcie jej lotu ponad tramwajem mój plecak
nuty zostają skradzione odzyskuję zdecydowany
atak z powietrza mógłbym w sumie przegrać
i tak zarabiam w euro
w jednym z najwyżej położonych głosów
requiem zaraz pod sklepieniem bazyliki
chwilę potem na gałęzi cmentarnej sosny
ponieważ latam wzbijam się w powietrze
i jestem we francuskim miasteczku tuż za lasem
gdzie gdy nie latam jeżdżę tramwajem
gdzie kanarka lubi wybiegać z krzykiem
że wsiada na następnym sprawdzać bilety
w trakcie jej lotu ponad tramwajem mój plecak
nuty zostają skradzione odzyskuję zdecydowany
atak z powietrza mógłbym w sumie przegrać
i tak zarabiam w euro
poniedziałek, 4 lutego 2013
Niedoszłe kwiaty
W dłoni miała trzy żółte tulipany, niedoszła dziewczyna kumpla. Kiedy tulipany szły przez remontowany park bez drzew, park ze zdechłą sową w trawie, spadł śnieg i zmroził kwiaty, które więdną nim jeszcze dziewczę opuści park. No to rzuca je na ziemię, bo wstyd nieść obumarłe badyle przez żywe miasto i wychodzi z parku. Gaśnie słońce, gasną światła, pod cienką białą pokrywą śniegu ptasie truchło.
W pewnej chwili martwa sowa wstaje, strzepuje z siebie śnieg i rzuca się na porzucone kwiaty. Zjada, ba, pożera! Rozgląda się wokół, szukając jakiego ludzkiego mięsa. Na szczęście całe miasto śpi pod swoimi kołderkami. Śpi także niedoszła dziewczyna kumpla, która źle by skończyła, spotkawszy na swej drodze sowę ludojada.
piątek, 1 lutego 2013
wiersz o tym jak
kał chał chał
chał kał kał
jak kał chał
chał kał kał
kał chał chał
czy wiesz jak
kał chał chał
chał kał kał
kał w środku
kał chał chał
w dnia środku
kał chał chał
chał kał kał
a możeś ty spał
gdy kał chał
chał chał chał
kał chał chał
spał kał chał
chał chał chał
i nie wiesz jak
jak kał kał
chał chał chał
kał chał chał
chał kał kał
oj nie wiesz jak
kał chał chał
jak chał chał
kał chał chał
chał chał chał
chał chał chał
i nie wiesz nie
jak kał chał
kał chał chał
chał nie wiesz
jak kał chał
chał chał chał
chał chał chał
jak kał chał
kał chał chał
kał chał chał
kał chał chał
jak kał chał
jak kał chał
chał chał chał-
wa rozrzedza
gdy śpisz!
chał kał kał
jak kał chał
chał kał kał
kał chał chał
czy wiesz jak
kał chał chał
chał kał kał
kał w środku
kał chał chał
w dnia środku
kał chał chał
chał kał kał
a możeś ty spał
gdy kał chał
chał chał chał
kał chał chał
spał kał chał
chał chał chał
i nie wiesz jak
jak kał kał
chał chał chał
kał chał chał
chał kał kał
oj nie wiesz jak
kał chał chał
jak chał chał
kał chał chał
chał chał chał
chał chał chał
i nie wiesz nie
jak kał chał
kał chał chał
chał nie wiesz
jak kał chał
chał chał chał
chał chał chał
jak kał chał
kał chał chał
kał chał chał
kał chał chał
jak kał chał
jak kał chał
chał chał chał-
wa rozrzedza
gdy śpisz!
środa, 23 stycznia 2013
Birdy
namnożyło się tych dziewcząt z pianinem, tudzież fortepianem i już tak nie podnieca jak kiedyś podniecało, co zrobić, może niech teraz grają na kobzach, na kobzach grają przy wtórze cytry i niech śpiewają najpoetyczniej jak potrafią, nie! Bo z kobzą nie można latać po lesie niczym nasza bohaterka w Shelterze, ani w ogóle korzystnie wyglądać jak korzystnie wygląda się za fortepianem, w którym odbijają się popiersia, rozwiewają włosy, za włosami żaluzje lekko rozchylone, a przez nie do pokoju z fortepianem wpada światło słoneczne i pada na plecy popiersi.
A takie People help the people wlatuje do gabinetu, zaraz po tym jak sam wlatujesz i przymocowany do fotela zażywasz paraliżującego pół twarzy znieczulenia na chwilę przed odwiertami na poziomie minus drugim. Oto dolatują z głośnika dźwięki basu, które jakoś są ponad ten fortepian, ponad ten niepozorny wokal, w sumie nic takiego, a koi tortury trójek, czwórek i zmęczonych przesłuchaniami białej lampy w żółtej sali piątek, szóstek, siódemek.
Skinny love. No to znasz trzy piosenki tak naprawdę, a najlepsza z nich to jednak ta, w której bohaterka biega po lesie, bo ten las w sumie taki sam jak ten niedaleko stąd, taki swój. Tak, pewnie Shelter jest o lesie, bo piosenki nie o lesie już dawno wyszły z mody!
niedziela, 20 stycznia 2013
piątek, 18 stycznia 2013
Dziś, wyszedłszy z domu, szedłem coraz wolniej, choć po lewej stronie ruchomych schodów śmiało można było iść, nikt nie stał. Tak samo nikt nie stał na przegubie autobusu sto siedemdziesiąt pięć, więc na chwilę znalazłem tam swoje stojące miejsce z oparciem, by po kilku minutach wyjść i znów iść coraz wolniej. Autobusu sto siedemdziesiąt pięć nie cierpię, podobnie jak nie cierpię sali F, w budynku, którego aula grała w filmie, który oglądaliśmy wczoraj wieczorem, i na który gnałem z prędkością świadczącą o słuszności prędkości gnania, a do sali F już tak biec nie mogłem, bo nogi i wiadomo plecy...
Dziś gnałem jeszcze na kurczaka na chrupiąco i do domu gnałem. Pozostałe cele się rozmyły i nie było już ku czemu zdążać, więc jedzenie i leżenie.
piątek, 11 stycznia 2013
Kto by pomyślał
alkohol dzień po sobie czyni nieznośnym, a człowiek przez całe swoje życie próbuje neutralizować efekty pobytu we Wczoraju, z nędznym skutkiem. Niemniej intensywność i natarczywość wczorajszości skłaniają do twórczych poszukiwań.
Tak oto znalazłem cztery akordy, które w zupełności wystarczają, żeby zagrać jedną piosenkę Lany del Rey i kto wie, może pasują także do innych piosenek, więc oglądam wywiady z bohaterką, która być może łaskawie uchyli rąbka tajemnicy. Niestety, w jednym z wywiadów Lana odwraca się tyłem do kamery i prezentuje pośladki.
Nie będzie więc o akordach! O Heideggerze też nie.
wtorek, 8 stycznia 2013
Pośród suchych drzew
między którymi ułożono tory, potem już nieużywane, gdzie spomiędzy podkładów wyrastała trawa, która spośród wszystkich tamtejszych roślin schła najszybciej, uciekaliśmy od rzeczywistości, szybkim przemykając krokiem, wzdłuż sypiącego się, białego muru, po czym wychodziliśmy z patycznego gąszczu na błotnistą ścieżkę, wówczas mijał niepokój, napięcie towarzyszące przechodzeniu między światami, a na twarzach pojawiała się radość, że oto i tym razem żeśmy nie pobłądzili.
Dziś nie ma ani torów, ani podkładów, także gąszcz wykarczowano, drzewa, trawy, cały ten chrust, wyjechał, by zapewne gdzieś zapłonąć na stosie świata. Nie ma też wydeptanych, ledwie widocznych, ścieżek między torami, które w trakcie przeprawy lubiły się rozmazywać, gubić, znikać z pola widzenia, by oto po chwili na nowo dać się odnaleźć i wyprowadzić nas na upragnioną błotnistą dróżkę.
Pewnego dnia przyjechały ciężkie maszyny, by zaorać pole. Wówczas zniknęły ścieżki, wyrwano z ziemi szyny i to co pod nimi. Pozostał wielki teren i biały mur od strony pętli autobusowej. Od pozostałych stron, teren wydzielono blaszanym ogrodzeniem, w które później nie raz drapaliśmy, biliśmy, by wreszcie runął owy mur, dopuszczając nas do błotnistej ścieżki, która nadal czekała po drugiej stronie.
Gdy jednak przefrunęliśmy ponad blaszanym murem siłami naszych umysłów, ujrzeliśmy ogromny plac, otoczony budynkami, w których światła były zapalone jedynie na schodowych klatkach. Szybko zdaliśmy sobie sprawę, że i właśnie na tym miejscu powstaną domy, które nigdy nie będą nasze, a po błotnistej ścieżce przechadzać się będą szczęśliwe młode małżeństwa, matki z wózkami, dzieci i ich ojcowie po studiach prawniczych, zarządzaniu czy to ostatni hydraulicy w tym kraju.
Niedawna wycieczka w tamte strony odsłoniła przed nami wyrwy w blaszanym ogrodzeniu, które musieli zrobić spragnieni błotnistej ścieżynki ludzie. Wchodzimy przez odgięte blachy i oczom naszym ukazuje się mały biały stolik z dwoma czarnymi plastikowymi siedzeniami. Zmierzamy zatem k'niemu, oglądamy i grzecznie się rozsiadamy. Mamy ze sobą różne gry i zabawy. Rozkładamy je na stole i bawimy się w najlepsze, wiedząc, że to już ostatnie chwile tutaj. Gramy do późna, a nad placem, w próżni nocy miast obrzeży, unosi się niewinne pionków o plansze stukanie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)