poniedziałek, 30 czerwca 2014

All that Jazz

Cześć! Podobno sprowadzili nam do miasta tramwaj, co to ma kabinę co to przypomina budkę z piwem. No taką uliczną, gdzie wydawano tani browar dla niewymagającego klienta. Wiesz, nigdy bym nie poczynił takiej analogii, że ten tramwaj, że ta budka z piwem, ale gazety, one nazwały wszystko po imieniu, znalazły słuszną analogię i zrobiły tak, że te tramwaje nikomu się już nie podobają. 
A mnie się nie podobały tylko z początku. A wszystko dlatego, że były takie nieokreślone, a jednocześnie tak typowe dla tego miasta. No, ale jak już napisali o tej budce z piwem, to jakby mnie olśniło i zmieniłem swoje zdanie na temat tramwaju. Bo widzisz, oczyma wyobraźni stałem na przystanku, czekając na przyjazd nowego tramwaju i już, już widzę jak podjeżdża tramwaj, podchodzę do kabiny motorniczego, a ten uśmiechnięty od ucha do ucha pyta czy jasne czy ciemne, czy słodsze czy z goryczką, a ja stoję, troszkę nie dowierzam, ale przecież jest już ósma rano i najwyższy czas coś sobie strzelić. Na początek małe takie piwko, jasne, tak niewiele ponad pięć procent, nie za słodkie, bo sam fakt istnienia tramwaju z piwem otula mój żywot czymś na kształt cukrowej waty, a i świat się kręci niczym karuzela w niedzielne popołudnie, bo zaraz też robi się piętnasta, a to już ósme, może dziewiąte piwko, bo tyle tych tramwajów miasto zamówiło, a każdy jeden motorniczy taki miły, uprzejmy, cierpliwy, chętnie doradza, nigdzie się nie spieszy i zawsze ma wydać, a jak nie ma, to przecież jeszcze nie raz będzie jechał tą trasą, i piwku nie będzie końca.
Po pracy panowie motorniczowie zapraszają na pętlę, gdzie całodobowe budki z piwem pracują pełną parą. Duża część z nich ma z resztą jutro na drugą zmianę toteż spokojnie zdążą uratować towar przed zepsuciem. 
Tramwaj - budka zakręca na pętli raz drugi, taśma kręci się, ty stoisz przy niej, kręci nam się w głowach, słyszymy szum i to się nie skończy, a flecista wzywa nas, by podążać za nim, bo do tanga trzeba dwojga i jeszcze Polska nie umarła. Taki to jazz pogrywa w tle i od czasu do czasu słychać leniwy brzęk szkła.

czwartek, 26 czerwca 2014

187 II czyli jak wracałem z fabryki ciągników

a wracałem normalnie, jak zwykle nad ranem, autobusem, na który urzędnicy ostrzą sobie zęby, ale w nadchodzącym czasie planują zlikwidować tylko połowę jego dotychczasowej trasy, toteż jeżdżę ile mogę, to znaczy wyjeżdżam, zjeżdżam i ujeżdżam owy autobus na jego trasie, bo przyjdzie dzień, że owa trasa zniknie, bądź on, sam autobus zniknie z owej trasy po wsze czasy. W torbie wiozę niezjedzone jabłko i poradnik o duchowości, bym urastał nie tylko w tkance mięśniowej, lecz także moralnej, bym wspiął się wkrótce na szczyt drabiny dobra i nawet jeśli wyjadę kiedy komu w papę swym silnym ramieniem, natychmiast się pokajam, dając dobry przykład, jak przekuć najniższe zło w najwyższe dobro.
No to jadę na kawę. Jadę z fabryki ciągników skądś tam na kawę do centrum, bo właśnie gdzieś tam między dwoma placami podają najlepszą kawę w mieście, którą polecają sobie wszyscy pracownicy ciągnikarni. Jadę tak i wiem już skąd, jak i po co, i wydaje się, że wiem już wszystko, ale nigdy nie jest tak, że wiem wszystko, bo gdybym wiedział wszystko, miałbym spore problemy z drabiną dobra. No to nie wiem tak naprawdę na którym przystanku wysiąść. Wysiądę na wcześniejszym, to do kawiarni będę dłużej szedł, za to bez stania na światłach i ryzykowania życia na przejściach przez wielopasmówkę. Jak wysiądę na późniejszym, kawiarnię będę miał tuż za plecami, ale będę musiał przejść na światłach, przejść przez wielopasmówkę i do tego jechać dłużej, by iść znowu krócej. No to nie wiem. Ale wiem! Nie jeden psychoporadniczek nie raz już radził, by z niebłahymi decyzjami się przesypiać i przebudziwszy się wybierać, wtedy wszak, po uporządkowaniu przez mózg milionów tetrabajtów informacji z dnia, jedyna najprawdziwsza prawda staje nam przed oczami, by uchyliwszy kapelusza, skłonić się nam w pas. Psychoporadniki nie raz mi już z resztą ratują skórę, bo gdyby nie one, nie skończyłbym studiów na najlepszej uczelni w kraju i nie objąłbym zaraz po ich ukończeniu zaszczytnej funkcji bardzo godnie zarabiającego człowieka, który jest powszechnie szanowany w swojej firmie zarówno przez pracowników jak i podwładnych, cieszy się wielkim zaufaniem i jako jedyny nie przechodzi kontroli wewnątrzspodniowej przy wyjściu z zakładu pracy, a do tego jest człowiekiem skromnym, co to nie nosi lampasów i szary ma strój. 
I tak umieściwszy tobołek z jabłkiem i poradniczkiem między kolanami, zasnąłem na tylnym siedzeniu autobusu i śniłem tak przez całe Aleje Jerozolimskie aż po przystanek na przystanek przed pierwszym przystankiem, o którym była mowa, znanym tutaj jako wcześniejszy. Budzę się i już, zaraz wchodzimy w ostry zakręt, za którym powinienem wyskakiwać jeśli chcę wysiąść na wcześniejszym przystanku, by iść, by mi było zdrowiej i przewiewniej. I nagle trach! Coś uderza w tył autobusu, słychać łamanie i wpadanie pod koło. Autobus dzielnie przejeżdża po czymś, co bierze go od tyłu, gruchocze temu kości i sam odnosi lekkie obrażenia. Resztkami sił dociera do przystanku, gdzie następuje oficjalne wypróżnienie. Tam też pozostanie na dłużej. 
Tak to sen po raz kolejny zdecydował za mnie, za co dzięki ci, o śnie! Również i Tobie, Drogi Czytelniku życzę dobrego oraz nieomylnego snu. Naprawdę warto spać! Zatem dobranoc!

piątek, 20 czerwca 2014

A sklepienie tunelu

było niezwykłe! Nie pierwszy raz szedł owym tunelem, ale po raz pierwszy zatrzymał się na chwilę, by spojrzeć w górę. Czarne sklepienie, do których nie docierało wątłe oświetlenie tunelu podtrzymywane było drewnianymi belkami, których rozmieszczenie kiedyś musiało być dosyć regularne, jednak z czasem belki, wydaje się, musiały się poprzemieszczać, gdyż pod sklepieniem zapanował niezły chaos. Między belkami widział jeszcze ciemne przestrzenie, w których nie dało się dojrzeć niczego więcej. A więc tunel przed zawaleniem podtrzymywały drewniane, nadpróchniałe belki, którym przyszło leżeć jak która chce i jak się której podoba. I to miasto, to centrum miasta, które było na powierzchni również miało opierać się na drewnianych belkach. Gdyby nie one, w tunelu mogłoby być wszystko - jezdnia, samochody, chodniki, ludzie, tory już nie tylko kolejowe, ale także tramwajowe i rzecz jasna same tramwaje, przydrożne drzewa, dom partii oraz pewne egzotyczne drzewko. Póki co jest tunel, są drewniane belki, półświatło, cisza i spokój. A z drewnianych belek wystawały haczyki, na których zawieszone były druty wysokiego napięcia. Poza tym wszędzie ta rdza, która zostaje na butach do trzeciego dnia. Wiedział, że nie może długo stać i tak trwać w zachwycie, w końcu w każdej chwili mógł nadjechać pociąg i przejechać i jego, i ten cały jego zachwyt, a w dodatku stare tory kolejowe nie syczą na długo przed nadjechaniem pociągu, toteż wielkość ryzyka była odwrotnie proporcjonalna do refleksu, jaki wykazuje człowiek po całym dniu ciężkiej pracy, z której niczym górnik powraca tunelem, byle tylko zdążyć na autobus i wrócić czym prędzej do domu gdzie czeka stęskniony i wygłodniały pies. Dlatego przyspieszył kroku, a gdy znalazł się na ostatniej prostej, ujrzał z daleka szczupłe sylwetki funkcjonariuszy zbliżające się do krawędzi peronu. Na peronie musiał okazać dokumenty i zawartość torby, z której buchnął smród przepoconego munduru robotnika, który dla kolejowego strażaka okazał się tylko bączkiem puszczonym przez szczeniaka. Porażony mocnymi światłami dworca nie miał siły dyskutować. Usłyszał tylko coś o karze w wysokości pięciuset złotych i wiedział już, że nie kupi sobie i swojej rodzinie wymarzonej serii dzieł zebranych Steinbecka.

wtorek, 17 czerwca 2014

To znowu on, on czyli Dworzec Gdański

Czarny kot spaceruje po szynie toru przy najkrótszym, a zarazem najdalej wysuniętym peronie dworca. Czarny kot jest nie tylko czarny, ale jego przegenialna sierść odbija światła dworca, mało tego, odbija je wszystkie, ponieważ kot idzie całą jego długością, przecinając snopy wszelkich świateł tak, że czarny kot staje się chwilami niebieski, pomarańczowy bądź też niekiedy nawet czerwony. Szyna wydaje się wręcz skonstruowana dla kocich łap! Kot kroczy wszak raźnie i dumnie po szynie i nie ma chwili, w której by się wahał, chwiał, kot wszak nie wątpi, może tylko gdy usłyszy przejmujące całe ciało syczenie szyny, zwiastujące nadjeżdżający pociąg, ale to ma opanowane, toteż nic kota nie zniesie, instynkt, on jeden tylko.

Podróżuję szynobusem. Pierwszy raz w życiu. Może drugi, ale w Polsce to pierwszy. Bo w Polsce to inaczej, lepiej, milej, bez zbędnego pośpiechu, a więc spokojniej i zdrowiej. W dodatku przytulniej. Bo taki szynobus to trochę taki traktor, a i temperatura wewnątrz też taka żniwno-ciągnikowa. A jazda szynobusem przez most rozpięty nad Wisłą to czysta poezja. Mostu w końcu nie widać, a zatem płyniemy powoli poprzez rzekę i wszyscy są uśmiechnięci. I maszynista z konduktorem, do których zawsze można przyjść i popatrzyć jak to wygląda w przedniej szybie. I pani z psem. I pies pani. I nawet pani naprzeciwko mnie, co odmawia różaniec w intencji bezpiecznej przeprawy.

Wysiadając wszyscy mówią obsłudze szynobusu do widzenia. Wszyscy muszą się do tego znać, bo sprawiają wrażenie jak by się znali. Są szynobusową rodziną. Szczęśliwą rodziną z psem, który mógłby być psem szynobusowym, ale nie, bo oto tóż przed zejściem na peron pies zatrzymuje się na brzegu wagonu i stoi i duma i ma przerażenie w oczach, i nawet pan konduktor się dziwi i pyta psa czy Warszawy on nie poznaje, na co odpowiada właścicielka, że Warszawę zna, ale szynobusem to on jeszcze nie jechał.

Tymczasem po torze na przeciwko spaceruje czarny kot. On też jeszcze nie jechał szynobusem.

wtorek, 3 czerwca 2014

Kurz

Kurz, kurz, wszędzie dużo kurzu! Kurz wznosi się i w świetle latarni zakrawa na mgłę unoszącą się chwilę po tym jak przestało mżyć. No to może mamy jesień. Troszkę tak szarawo i kurzawo jak po sezonie ziemniaczanym. To może nie będzie w tym roku całego tego ceregielenia się z latem, upałami, sezonem żniwnym, tanim winem na przystanku PKS uderzającym do głowy z prędkością dźwięku. Już świta czas różańcowy i ptaszki ćwierkają jakoś tak wolniej, z mniejszym przekonaniem. Posnęli już niewyżyci turyści i sypiający pod byle liśćmi kapusty studenci geografii. Pusto i cicho, upycham ręcznik, piwo oraz herbatniki do granatowej torby i spokojnie wyruszam na przedwczesne wakacje.

niedziela, 1 czerwca 2014

O drugiej nad ranem świt daje znać o swoim istnieniu. Niepozornie wychyla się zza drzew, za którymi rzeka korbką i wyżymaczką przepuszcza błękitno-fioletowe płótno świtu, a stary las kopci papierocha, którego dym sprawia, że są chmury na przedwcześnie zrywającym się niebie.
Niebieski świt dogania cię o tej drugiej na niebieskim siedzeniu miejskiego autobusu. Towarzystwo mężczyzn o sinych twarzach i butelka po piwie z niebieską etykietką pod siedzeniem. Toczą się. Oni i ona. Ona wygrywa melodie na niskich dźwiękach i tylko czasem, kiedy uderza o metalowe części siedzenia, rejestr podnosi się na ułamek sekundy o dwie oktawy, słychać przeraźliwy pisk, mężczyźni o mniej sinych twarzach wzdrygają się, przez chwilę nie śpią, a potem znów śpią. Cały cykl reguluje szkło i prędkość jazdy. 
Mijasz szkielet przyszłego tunelu ponad dużą trasą, gdzie żaden samochód już nigdy nie poderwie się do lotu. Na świt jednak nie zarzucisz sieci szkieletu tunelu, toteż będzie się przez chwilę podrywał jak gdyby w środku nocy i wzlatywał ponad tunele, autobusy, butelki, sinych mężczyzn, las i rzekę, mnie i ciebie.

piątek, 23 maja 2014

Wiersz, który przyniesie mi sławę i pieniądze

piątkowe bezmięsne popołudnie
na brzegu pasą się kaczki krzyżówki
rozwiązujesz od środka brudne
adidasy ostatnie minuty
działania małej czarnej
za najwyższą cenę sąsiadka
odgrzewa pomidorową trzepie schabowe
biernie wiszące na sznurku
przypięte spinaczami przeznaczenia
za oknem kopią dzieci
resztki piłki pusty w środku
pies wraca ze spaceru uszczęśliwion
wieczną psią dyspensą nieświadom
zagrożenia zza chińskiej granicy
robi skręt wężowy i już
liże się tam gdzie się liże
i patrzysz na to i wiesz
że taki jest świat
i nie można kochać bażanta

wtorek, 20 maja 2014

Otwieram drzwi i znów dzień jak co dzień

Otwieram drzwi i idę na spacer. Idę na spacer, z którego wróciwszy spodziewam się znaleźć jakiś niesamowity mail w skrzynce. Coś w stylu, że kurcze, że czytaliśmy Pańską aplikację. Czytaliśmy Pańską aplikację i od tego czasu nie jesteśmy tymi samymi ludźmi. Siedzimy jak rażeni prądem na naszych stołkach, co dziesięć średnio minut wychodząc na papierosa, tacy jesteśmy poddenerwowani, podjarani czy podekscytowani! Dobrze, żeby pan przyszedł na rozmowę jeszcze dziś, bo zaczniemy tu pić alkohol, z resztą gdyby Pan przybył na rozmowę, to i z Panem chętnie się napijemy. Stać nas. Z resztą Pana też wkrótce będzie stać. Pan sobie wyobrazi. Whisky na śniadanie, whisky na drugie śniadanie. Do obiadu, podwieczorku, kolacji. Butelka za butelką. Tak, oczekujemy od pana odpowiedzialności i terminowego wykonywania zleceń. Nie, nie damy Panu siedzieć przy telefonie. Telefon będziemy trzymać w szafie pancernej, żeby Pan mógł spokojnie u nas pracować. W pilnych sprawach będzie Pana nawiedzał piękny posłaniec o bladej cerze i skrzydełkach przytwierdzonych do trzewików. Będzie pan przychodził rano kiedy chce. Popracuje Pan trochę i jeszcze przed południem pójdzie Pan sobie do domu czy gdzieś. Oferujemy... z resztą czytał Pan co oferujemy, skoro Pan wysłał nam swoje CV, które tak nas urzekło, że nasze sekretarki wciąż jeszcze podnoszą szczęki z lśniących podłóg naszego biura. Panu oferujemy to wszystko dwa, ba, nawet trzy razy! I wynagrodzenie. Ile Pan zechce! Doświadczenie? Przez przypadek natknęliśmy się na Pański blog. Ciągle nie możemy wyjść z podziwu. Rzucił Pan na nas czar, urok, nie wiem co, być może Pan nas nawet niejako przeklął, ale jest nam w tym przekleństwie tak błogo... niech Pan nas tak przeklina nieustannie! Tylko niech Pan przyjdzie na rozmowę. Niech się Pan objawi. Choćby zaraz! Teraz!! Bo wie Pan, my nie możemy bez Pana, a czy Pan może bez nas? Myślę, że będziemy doskonałą kombinacją i niezrównaną symbiozą. Z Panem osiągniemy prawdziwe szczęście! A i Pan zostanie otoczony w naszej firmie szczególną troską i szczególną czcią. Fortuna przytwierdzi się do Pana całym swym fortunim ciałem. Dlatego prosimy - niech Pan dłużej nie zwleka i zagości w siedzibie naszego biura.

z poważaniem
Prezes szefów nadszefów

piątek, 16 maja 2014

Nadsenność

Jadę. Do domu jadę, bo czuję senność, senność postępującą z prędkością niebywałą i nie zważającą na moje zdanie. Poza tym pada. O tym jak pada nie warto nawet pisać. Widzę jak pada, widzisz jak pada. Pada jak widzisz, a jak nie widzisz, nie jesteś Polakiem i kropka i orzełek odwrócił się do ciebie tyłem, to znaczy widzisz reszkę. I reszka pada. I ja padam, ale twardo jadę. Zarwałem noc. Wiesz, o trzeciej nad ranem zabrałem zwierzęta w składzie kot, chomik i świnka morska i ruszyliśmy na wycieczkę po Mokotowie. Bardzo chciałem pokazać im Mokotów, ponieważ raz, że w nazwie dzielnicy zawiera się nazwa jednego ze zwierząt z wymienionego składu, dwa, że jeszcze wczoraj za dnia, gdy było ciepło, prawie dwadzieścia stopni, lekki zefirek i słońce na niebie, latałem w tiszercie po dzielnicy i tak mi się spodobało, bo spodobało mi się naprawdę bardzo, szczególnie podobało mi się jak ktoś wyprowadził się z psem na forty, pomiędzy drzewa i czerwoną cegłę, aby wspominać tych, którzy bronili nas przed złym najeźdźcą i oddali życie albo i nie.
Dziś złym najeźdźcą jest zmęczenie po nieprzespanej nocy, a cena którą płacę za to, że wpadłem nocą do kuchni, do swoich zwierzątek i krzyknąwszy "chłopaki, dawać! Idziemy na spacer!" trzasnąłem lekko drzwiami i jeszcze kot nie merdnął ogonem a już wybudzaliśmy ze snu kaczki w parku. Myślisz, że nie mówi się do zwierząt per chłopaki, ale to sami mężczyźni. Po zmroku oddają się z resztą pederastii. W sumie bardziej chomik i świnka. Kot w tym miesiącu ma wolne. Raczej rozmyśla dniem i nocą, i lada dzień powinien stworzyć jakiś kodeks moralny dla reszty. Wszyscy jesteśmy przecież za prokreacją i dobrze by było ujrzeć kiedyś owoc spotkania świnki z chomikiem czyli węża.
Nad ranem kiedy zwierzęta poszły spać, udałem się do centrum na kawę. Kawa domowa oczywiście wyżłopana nim jeszcze otworzono worek. Piłem małą czarną, choć należałoby dużą, z początku spokojnie, a następnie w coraz większym napięciu, gdyż jak powszechnie wiadomo, osad na dnie filiżanki układa się w swoistą wróżbę, którą jeśli tylko oglądało się Ostry Dyżur, można z dużym prawdopodobieństwem zinterpretować właściwie. No to jest tak, że jak osad ułoży się na dnie w linię łamaną, po wypiciu owej kawy, będziesz żyć. A jak w prostą to nie. No to mam prostą. Pognałem więc jak rażony prądem do tramwaju, bo bardzo chciałem umrzeć w domu. Tramwaj, chciałem, aby wszystkie światła miał zielone, ale to było błędnie sformułowane życzenie, bo przecież tramwaje nie widzą kolorów i mają pałeczki i kropeczki, pijany znak dzielenia i dwa minusy, tylko, ze każdy z minusów jakoś inaczej jest zorientowany. Co skrzyżowanie mój tramwaj otrzymywał minus zorientowany tradycyjnie, horyzontalnie, w pozycji leżąco-flaczejącej i lata trzeba było czekać, żeby pałeczka w mgnieniu oka przekręciła się o dziewięćdziesiąt stopni, do pozycji wertykalnej, stojąco-wzywająco-wskazującej, co czynić dalej, a dalej należało jechać, bo stojąca pałeczka mówi motorniczce: "jedziesz mała!".
Jest też para na szybie, którą na wszelki wypadek odgarniam, by w razie gdyby w tramwaj uderzyć miał spadający meteoryt, samolot, budynek czy cuś, widzieć zbliżający się obiekt i szybko ukryć się pod siedzeniem. Odgarniam parę i mam mnóstwo brudu na rękach. Być może więcej brudu niż wszystkie rządy wszystkich erpe zebrane do kupy. Powtarzam - do kupy! Nie wiem z resztą czyj brud zgarnąłem z szyby, czyj wydech, opary, wyziew czyjego żołądka. Czy mam na rękach jakiś wyziew indywidualny? A może kolektywny? Czy para gromadzi się na szybie i tworzy jakąś autonomię, a może miesza się z innymi parami i razem idą do nieba czwórkami? Próbuję rozwiązać kwestię pary, lecz senność postępuje i czuję jak opada klapka tubki bystrości i inteligencji. Opada jest słowem kluczem. O, pada. Opadła. Zapominam pisać. Śpię. Dobranoc. Zzzzzz

czwartek, 8 maja 2014

Tuż za Dworcem Gdańskim

Tuż za Dworcem Gdańskim pociąg gwałtownie zwalnia. Może nie tuż za dworcem gwałtownie zwalnia, ale na zakręcie tuż przed samym Kołem i pewnie gdyby nie wchodził w ten zakręt, nie skręcał, nie zbaczał, nie poddawał się biegowi rzeczy, mógłby z nie mniejszą prędkością gnać prosto przed siebie, by na chwilę zwolnić w okolicach Centralnej Stacji Towarowej, by następnie niczym wystrzelony z procy ruszyć z niewyobrażalną prędkością na Berlin, stolicę kraju, gdzie każdy pociąg mknie niczym strzała, byłby więc u siebie wśród swoich, a tak snuje się w rozwolnieniu wstecznym, dokładnie przetwarza błoto w przednich szybach i pokazuje nam Wolę w każdym szczególe, choć nie za bardzo jest przecież co pokazywać. 
A kiedyś wyszedłszy z tego samego zakrętu przyspieszał. Fakt, że jechał wówczas w inną stronę, w stronę, w którą i ja zawsze zmierzałem, nigdy w przeciwną, stąd też pozorne rozczarowanie i smutek z tego, że było lepiej a jest gorzej. 
A przecież nie jest gorzej. Wsiadam na Warszawie Zoo, stacji przypominającej tę na wsi, gdzie człowiek, by dostać się na peron zmuszony jest przejść przez tory obstawione odblaskowymi znakami oraz krzyżami z zebry w czerwone paski, co znaczy - musi ryzykować życie. Ze stacji Zoo nie widać żadnych zwierząt, a szkoda, można by z kolejowego nasypu podziwiać przenajróżniejsze okazy, nie narażając swojego nosa na inhalowanie smrodu dzikiej zwierzyny w okresie suchym. Zostaje wyglądanie pociągów ślimaczących się po wale jak i tych żyrafiejących na szczycie mostu.
Rzeka jest piękna o tej porze roku i bezwonna. Cały zapach gdyby był, byłby za niemożnymi do uchylenia oknami, a w dodatku wdechnięty przez zwierzęta z zoologicznego ogrodu, po prostu by nie istniał. Poza tym Żerań i Pałac Kultury. Poza tym piękne schodki na brzegu. Można po nich zejść aż na samo dno i posłuchać jak pod wodą przyjemnie brzmi stukot kolejowych kół. 
Pytyk-pytyk bulbulbul pytyk-pytyk. Mijamy Arkadię to znaczy raj, w którym mają kino i maka. Za kinem i makiem cmentarz i skręcamy. I robimy żółwia. Pan konduktor wyciąga z pociągowego schowka tekturowe kapelusze wielkości starej płaszczki i każe nam nałożyć je na plecy. Następnie wychodzimy na tory i powoli, na czterech łapach przesuwamy się po podkładach. Podkłady śmierdzą martwym żółwiem, bo i nie jeden nie wytrzymał na tej spowolnionej trasie i pękł na pół. Widać jeszcze ślady pękniętych żółwi. Jesteśmy silni. Idziemy szybciej niźli szedłby pociąg. Dlatego pociąg stoi. Oszczędza energię. Swoją energię. Swoją energię oszczędza naszym honorem. Poświęcamy nasz honor i zostajemy żółwiami. Niby ryzykujemy życie, ale gdy nas coś przedziurawi, potrafimy się zrosnąć w samym środku jeszcze bardziej do środka. Idziemy. Jesteśmy gotowi na najlepsze. To znaczy dotrzeć żółwim piechtaczem do stacji szybciej niż zrobiłby to pociąg gdyby tylko chciał. Nie chce, ale my chcemy. Dochodzimy. Jesteśmy. Zdejmujemy żółwie domy z pleców. Wszystko dzieje się na nieco oddalonym ósmym peronie, między drzewami, tak że ludzie tego nie widzą. Znowu jesteśmy ludźmi i nie mamy się czego wstydzić. Na nic te drzewa i peron w krzakach. Jesteśmy dumni z siebie i gotowi na raz jeszcze. My Polacy tak mamy. Chodzimy szybciej niż pociąg. A gdyby tak pojechał prosto i pognał na Berlin...

czwartek, 17 kwietnia 2014

Sunday czyli niedziela, która zdarzyła się we czwartek

czyli pies sąsiada. Ciemna noc, czwartek rano, godzina druga nad ranem. Słychać jak ktoś otwiera bramę na podwórze. Otwiera raz. Drugi. Najprawdopodobniej mocuje się z kłódką, gdyż przez długie kilka minut słychać na nowo podejmowane próby otwarcia bramy. Ciemna noc, oświetlone podwórze, na które w pewnym momencie wbiega oszalały ze szczęścia pies i od pierwszej sekundy tego hasania wiem, że to Sunday - pies sąsiada.
Długo czekał, by się rozpędzić i wpaść jak postrzelony na parking, którego eksploring tak bardzo sobie ulubił. Długo czekał. Kłódka nie chciała ustąpić i nim skrzydła bramy rozwarły się na boki, uderzając ostatecznie o betonowe krawężniki, zdążył już parę razy zwiesić uszy, spuścić ogon, jeszcze trochę i popadłby w całkiem typową dla ludzi beznadziejność. A beznadziejność w wykonaniu psa jest szczególnie trudnym przypadkiem beznadziejności, gdyż jest beznadziejnością psa i za każdym razem, kiedy podejmowała się kolejna próba otwarcia bramy, łapy psa znów ulegały usztywnieniu, uszy na nowo stawały się spiczaste, a ogon rozmerdywał się na wszystkie strony, bo świat za chwilę miał się stać światem psa Sunday'a.
W końcu udało się! Kluczyk w kłódce bramy drgnął, opadły łańcuchy, zadrżała klamka i pies wpadł jak niewyżyty na parking, gdzie miał natychmiast zająć się prześladowaniem pozornie bezpiecznych tam kotów. Szybkie było jego rozczarowanie, gdyż nocą koty rozchodzą się po mieście, by zająć się swoimi sprawami. I tylko pies, który jest zmorą samego siebie, który nie miewa poważnych spraw do załatwienia na mieście, biega niestrudzenie wokół samochodów i  odbija światło latarni od swojej białej jak sól sierści. Brakuje tylko właściciela.
Ale i ten zjawia się po paru minutach. Idzie wolno, za to całą szerokością parkingu. Najprawdopodobniej wraz ze swym podopiecznym udał się na eksploring, jednak sam preferuje powolne i dokładne badanie terenu. Bada. Bada cały teren, aż dociera do własnego samochodu, o który oparłszy się, zaczyna kontemplować niebo i ziemię. Dookoła lata pies. Szary parking jest tłem i nawet nie wiem kiedy zorientowałem się, że mam do czynienia z nowym układem, układem pijanym jak bela, który porusza się wolno i dość nieregularnie, a jego satelita ma wszelkie znamiona satelity, od koloru powierzchni, przez trud lądowania nań, po zatwardziałość i upór z jakimi krąży wokół swego żywiciela. A ten nie jest łatwym jądrem rzeczy.
Jest nawet bardzo trudnym jądrem rzeczy. Jądrem które stoi i nie wiesz tak naprawdę, kiedy samo się wprawi w ruch i kiedy już ulegnie w ruch wprawieniu (samo wszak w sobie ruch wznieca rzadko i niechętnie) przemieszcza się bardzo nieprzewidywalnie, z początku rusza powoli przed siebie, w czym przypomina lokomotywy składów towarowych, jednak po chwili zbacza nagle z kursu i pruje ku dołowi niczym tir zepchnięty do Grand Canyonu. 
Satelita ma spore trudności z dotrzymaniem kroku, a właściwie krążenia, tak, satelita ma spore problemy z krążeniem, jednak dla niego samego, tak zatwardziałego w swej wierności i w swym uporze, wręcz oszalałego na punkcie jądra, które otacza, problemy z krążeniem nie istnieją. Zatacza więc koła nieprzerwanie, raz większe, raz mniejsze, ale zatacza, bo przecież nie odłączy się, nie stworzy własnego układu, w którym to on będzie naprutym centrum, które pójdzie sobie gdzie chce i jak chce, wydając przy tym dzikie, nieartykułowane odgłosy, opartym o ścianę pobliskiego bloku i czekającym na zmiłowanie komet, spośród których jedna porwałaby go na swoim długim jedwabnym warkoczu wprost na wytrzeźwienie. 
O świcie układ powraca do swojej małej dziupli, gdzie wciąż odbywa się krążenie, tylko na mniejszą skalę i w lekkich bólach, i tak właśnie Sunday, po polsku Niedziela, kręci się wokół człowieka, a nie człowiek wokół Niedzieli.